Brexit czyli duma elit upadłych

Epidemia COVID-19 bynajmniej się nie skończyła, ale chyba coraz lepiej widać, że po prostu musimy się do niej przyzwyczaić. Zatem dziś będzie z innej beczki. I raczej krótko.

Obejrzałem sobie ostatnio na HBOGO film pt. Brexit. Nie można powiedzieć, że to jakieś wybitne dzieło, które serce porusza. Ale do zastanowienia skłoniło. Mianowicie mamy do czynienia z produkcją brytyjską. Nie polską. Zatem refleksje natury ogólnej znajdujące się w tym dziele powinny dotyczyć problemów wyspiarzy, a nie nas. Ale ja ze zdumieniem poczułem, że mamy coś ze sobą wspólnego.

plakat Brexit

Dawid i Goliat

Fabuła osnuta jest na opozycji grup dążących do referendum nt. ewentualnego wystąpienia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty Europejskiej. Po jednej stronie zatem mamy eurosceptyków zjednoczonych w dwóch grupach politycznych finansowanych przez jakiś znany może tylko Brytyjczykom biznes. Po drugiej mamy euroentuzjastów pochodzących z różnych, zwykle wzajem się zwalczających, partii politycznych, od lat okupujących na zmianę szczyty władzy na Wyspach.

Twórcy filmu uczciwie pokazują, że to potrzeba jest matką wynalazków: zwolennicy pozostania Zjednoczonego Królestwa w ramach Wspólnoty Europejskiej reprezentują miejscowy i europejski establiszment, dysponują potężnym budżetem, wsparciem państwowego aparatu, a także własnymi, budowanymi przez lata bazami danych wyborców i gotowymi technikami manipulacji. Eurosceptycy zaczynają trochę po partyzancku, mają sporo forsy, dużo chęci i samozaparcia. Muszą myśleć, kombinować. I to właśnie robią. Są Dawidem, który musi zwyciężyć pewnego siebie, dobrze zasiedziałego, umocowanego Goliata.

Goliat to euroentuzjaści, politycy z wielowiekowymi przecież tradycjami. Przedstawia się ich jednakże niemal jak frajerów, amatorów. Zresztą, eurosceptycy w sumie nie lepsi - w swojej warstwie politycznej to tacy sami cwani oportuniści. W pewnym momencie próbują się nawet pozbyć szatańsko sprytnego manipulanta. Ale, jak to w filmach bywa, to on ich, a nie oni jego.

Opozycja zatem w tej historii zostaje dość jaskrawo (zgodnie z zasadami filmowej narracji) zarysowana: po obu stronach są głupcy i frajerzy, ale jedna strona, jako słabsza na starcie (a przynajmniej na to wygląda) zdecydowała się zdradzić Święte Zasady Manipulowania Wyborcami i użyć do tego celu najnowszych metodyk omalże naukowych.

Matematyka, głupcze!

Na ile swoim małym rozumkiem zdołałem wydedukać, główny wątek filmu koncentruje się na osobie Dominica Cummingsa, którego przedstawia jako geeka manipulowania opinią publiczną wynajętego przez zwolenników Brexitu. Spec ów nie cofa się przed niezwłocznym wykorzystaniem technologii, która pęta się mu pod nogami. Wdraża kampanię w mediach społecznościowych, w oparciu o precyzyjne pomiary. Innymi słowy powtarza sukces swoich poprzedników - innowatorów: matematyka, głupcze! Nie intuicja, nie widzimisię, tylko dobrze przygotowany pomiar ma być punktem wyjściowym dla dalszych prac projektowych nad przedsięwzięciem. Jakie by ono nie było...

Chcemy zbudować most? A dla kogo, gdzie, kiedy i po co? Przez rzekę, wąwóz, dolinę, rowek, a może przez morski przesmyk? Na jakiej skale macierzystej możemy oprzeć przyczółki? A może nie ma tam skały, może jest tylko kurzawka? Czy to na pewno najlepsze miejsce na most? Podwieszany, kratownicowy, murowany, czy może chodzi o drewnianą kładkę? Kto, co i w jakiej ilości ma przez ten most przejeżdżać? Czy ma on mieć wartość strategiczną? Czy ma unieść kompanię czołgów? Czy można nim puścić ciurkiem TIRy? Czy może tylko zastępy pieszych harcerzy? Ilu tych harcerzy ma po nim na raz przechodzić? Czy mogą maszerować "w nogę", czy mają rozproszyć krok? I w końcu: ile mamy na to pieniędzy, jakie dostępne materiały, jakich specjalistów, podwykonawców? Ile mamy czasu?

Czy mam tu wymienić pytania, które stawia sobie każdy, kto zamierza w ogródku wykopać głupią grządkę pod pomidory?

Każda czynność, na którą się zamierzamy, o ile nie jest to po prostu sięgnięcie po kubek z herbatą (już gotową), wymaga choćby szczątkowego przemyślenia. Dlaczego nie miałoby tak być w przypadku kampanii politycznych w demokratycznym kraju? To właśnie robi Cummings, także wbrew swoim mocodawcom. A kiedy odnosi w końcu zwycięstwo, po prostu pakuje swoje symboliczne pudełko i zmywa się z kwatery głównej: najemnik zrobił swoje, najemnik może odejść.

Zasady fair-play

Ostatnie sceny filmu zdają się jednak sugerować, że ten sposób wygrywania wyborów, choć w rzeczywistości stosowany z powodzeniem już co najmniej dekadę przed pokazanymi wydarzeniami (zastosowanie Big Data do manipulowania opinią publiczną okazuje się tak stare, jak powszechne media społecznościowe), być może nie jest tak do końca legalny. Czyli być może, choć (nie wiem tego) zgodny z literą prawa, to niezgodny z jego duchem. Film zapowiada, że tego się jeszcze dowiemy - w przyszłości.

Oczywiście, my starzy cynicy wiemy, że jeżeli udało się użyć widelca do mordowania oponentów, zostanie on w tym celu zastosowany jeszcze nie raz i żadne szczytne uchwały ani deklaracje nie zatrzymają tego procesu. Nie da się przejść, to się przeskoczy. Nie da się przeskoczyć, to się obejdzie.

(Dlaczego to właśnie w Wuhan w Chinach znajdowało się to szemrane laboratorium biotech, z którego rzekomo wypełzł koronawirus? Bo w Chinach prawo nie zakazuje tak restrykcyjnie różnych biotechnologicznych eksperymentów, ot co.)

Zatem użycie danych pozyskanych z mediów społecznościowych, w połączeniu z profilowaną pod zmierzone i zważone grupy odbiorców reklamą, moim zdaniem nie może być postrzegane jako złamanie reguł: wydaje się to naturalnym rozwojem technologii manipulacji w oparciu o nowe źródła danych i kierunki nacisku na umysł ofiar. Podobnie jak w wypadku budowy mostów, dzięki użyciu matematyki można także kampanię polityczną zaprojektować lepiej, taniej i skuteczniej.

Tymczasem po drugiej stronie szachownicy znaleźli się starzy wyjadacze, których (według twórców filmu) Dominic Cummings wykołował jak jakich kmiotków. Oni tu panie stosowali przecież tylko "uczciwe" metody, czyli znane od bez mała wieku badania fokusowe oraz inne, dobrze ugruntowane techniki. Propagowali (wg filmu) argumentację, wzywali do dyskusji. Tymczasem ich przeciwnicy rzucali chwytliwe hasełka w mediach społecznościowych i rozbudzali negatywne emocje.

Coś mi się wydaje jednakowoż, że w ostatnich co najmniej dwóch dekadach jest to stała narracja przegranych w polityce: my argumentowaliśmy, oni tylko budzili demony.

Tak czy owak wyniki referendum znane są w całej Europie: Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem ze Wspólnoty Europejskiej.

Ale ja w zasadzie nie o tym.

Urażone elity upadłe

Ze zdumieniem skonstatowałem podczas oglądania filmu, że zarysowano w nim prawie że identyczną opozycję przeciwieństw, jaką rysuje się w propagandzie politycznej w naszym kraju. Po jednej stronie mamy ludzi inteligentnych, wykształconych, z otwartymi umysłami, raczej młodych. Po drugiej stronie mamy ludzi prostych, raczej nie po dobrych szkołach, z ciasnym światopoglądem i solidnie podstarzałych. Skąd my to znamy? Podpowiem: młodzi, wykształceni, z wielkich ośrodków. Zatem światli ludzie to euroentuzjaści, miłośnicy małżeństw jednopłciowych, stylu życia DINK (Double Income, No Kids), wszechsingielstwa, ateizmu (z islamem na doczepkę), multiculti... A eurosceptycy to konserwa, tępota, rodziny wielopokoleniowe, religia (oczywiście tylko chrześcijaństwo, islam jest postępowy, a do tego podpinają się inne wyznania), rasizm, zamordyzm, zasiłkoizm.

Patrzyłem na to i nie mogłem uwierzyć. Naprawdę ta fałszywa opozycja dziś jest tak wszechogarniająca? Nie dość przecież, że fałszywa, to jeszcze do tego powszechna, ponadnarodowa?

Czy naprawdę światłe elity brytyjskie, tak podobnie do naszych, zaściankowych, obraziły się na "starych, niewykształconych, z małych ośrodków"?

Czy naprawdę jest to dziś powszechny pogląd pewnej elity, że ona jako jedyna jest uprawniona przez niewiadome siły historii do sprawowania władzy, a reszta niech się wypcha?

Czy to możliwe?

Najwyraźniej tak.

Czy ta synergia wynika z podpięcia się naszych łże-elit pod ichniejsze łże-elity, czy w obu krajach mamy do czynienia po prostu z kulturową konwergencją?

Na to pytanie tutaj nie odpowiem. W innym miejscu zapewne także.

W sporze tym staram się nie zajmować skrajnego stanowiska. Uważam, że stare przysłowia prawdę mówią (choć nie powiedział ich wcale Otto von Bismarck):

  • Zwykły człowiek nie powinien wiedzieć, jak się robi kiełbasę oraz politykę.

  • Kto w młodości nie lewicował, pozbawiony jest serca, ale kto z wiekiem nie robi się konserwatywny, pozbawiony jest rozumu.

Nie wiedząc, jakie prawdziwe motywy kierują grupami politycznymi, możemy sobie spokojnie wierzyć, że chodzi o ideały, moralność, etykę (jaka by nie była). A nie o twarde interesy grupowe. Z czasem i nabywaniem doświadczenia jednakowoż rozumiemy to coraz lepiej, a jednak nie zakłóca to nam spokojnego snu, co z pewnością miałoby miejsce w czasach, gdy byliśmy młodzi i piękni, a do tego idealistyczni (dziś jesteśmy już tylko piękni).

Zatem rozumiem, że niektórzy ludzie, wcale nie bardziej światli, a jedynie może bardziej otwarci na nowinki, uważają, że to do nich należeć powinna władza do kierowania światem. Psychologowie już dawno tę opozycję wyjaśnili. Dobrze, że ona istnieje. Niedobrze, kiedy ktoś zaczyna to traktować poważnie.

Głębsze zrozumienie natury ludzkiej, które powinno przychodzić nieuchronnie wraz z upływem lat i nagromadzeniem doświadczenia, pociąga za sobą coraz mniej złudzeń co do możliwości zatruwania sobie i innym życia w imię różnych bzdurnych motywacji, a jednocześnie coraz więcej zrozumienia dla tej jakże ludzkiej słabości. A za zrozumieniem idzie - wybaczenie.


Autor: flamenco108 w Z poziomu podłogi w pią 07 sierpień 2020. Tagi: wielotyka, eko-nom, przydum, recenzje,

Comments

komentarze odpala Disqus