A kredytu nie ma i nie ma...

Dziś podpisywałem z Matką jakieś dokumenty, które do sądu i urzędu skarbowego złożyłem ja, a powinna moja Matka. Bez tego nic.

Podpisaliśmy co trzeba. Pani z banku powiedziała: "No, to uruchamiamy transzę." Ale nie, nie ma tak łatwo. Późnym popołudniem zadzwoniła, że jeszcze znaleźli jakieś potknięcia autora umowy. W powtórzonym wyliczeniu marży banku - w podsumowaniu na ostatniej stronie umowy. Na moją korzyść, oczywiście. A to nie przejdzie. Czyli jutro w samo południe znowu muszą się spotkać trzy osoby z dziećmi i bawić w podpisywanie dokumentów. Dodam, że podobno pani z banku też ma się pojawić ze swoimi dziećmi, ponieważ jest na urlopie i zabiera je do Warszawy na pielgrzymkę po gabinetach lekarskich.

Już jest wesoło, a będzie jeszcze lepiej!


© Krzysztof Smirnow 2015