Jutro ostatni skok.

Jak mówią co poniektórzy budowlańcy, najtrudniej wyjść z ziemi. Podobnie jak kluczowe dla człowieka okazało się zejście z drzewa.

Pudełko pełne
piasku.

Dużo pracy i trudności, a efekt - mizerny, ledwo widać, że coś się zmieniło.

Ostatnia prosta to kolejny nawał trudności, obsuw w stylu socjalistycznym i dużo, dużo pracy. Jeszcze w środę 2007-04-11 operatywny ciężarówkarz zrzucił mi na skraju fundamentu trzy piętnastotonowe kipry piasku kopalnianego, żeby we czwartek od rana ekipa miała co robić. Przyjechali i do roboty. Majster następną dostawę zamówił na południe. Godzinę wcześniej ciężarówka dzwoni, że ma awarię i nie wiadomo, kiedy odzyska sprawność.

Na początku było samo
pudełko.

Na początku było samo
pudełko.

Pogoniłem do biura budowy (czyli milutkiego drewnianego domeczku), gdzie miałem skitrane notatki i dawaj, dzwonić, szukać, wyobraźcie sobie, piachu. A tu jeden dostawca mówi, że ma piach, ale wiślany, a ten nie nadaje się do zagęszczania (ewentualnie można go wsypać do piaskownicy, albo użyć do produkcji zaprawy murarskiej). Inny mówi, że ma (czas teraźniejszy), ale w przyszłym tygodniu (czas przyszły), gdyby pan zadzwonił w poniedziałek (czas przeszły)... Jeszcze inny oferuje, owszem transport, ale bez piachu.

Na początku było samo
pudełko.

No, po prostu BOMBA. Co to maćtrwa jest, do bydlęcej kołowacizny?! Socjalizm nam się skończył 16 lat temu, a tu nagle ZABRAKŁO głupiego PIACHU? Przypomniał mi się ten kawał Jana Pietrzaka o partyjniakach, co to ich wysłać na Saharę, a po tygodniu piasku zabraknie. Najwyraźniej wielu ich się osiedliło w pobliżu Konstancina...

Na początku było samo
pudełko.

Na następny ranek udało mi się załatwić dwie ciężarówki piasku kopalnianego, ale frakcjonowanego, śliczniutkiego, w sam raz na szlichtę podłogową - prawie 100,00 złotych drożej za sztukę. I kiedy już, tak koło południa dnia następnego, znowu zaczęły się kończyć zajęcia zastępcze dla ekipy, chwyciłem się, niczym ostatniej deski ratunku, kontaktu z firmą, która koparkowała u mnie humus. Szef był cokolwiek zniesmaczony: "No jak to tak, my tu sąsiady o mało co, a pan bierze piach od obcego?", ale pogonił ciężarówkę i już o 16:00 mieliśmy kolejne trzy transporty na placu. Co ja poradzę, że na wizytówce miał napisane "transport kruszywa", a nie "transport, kruszywa"? Błędna reklama na wizytówce, ale i moje gapiostwo kosztowało mnie kolejne dwie stówki ekstra. Z melodią "Co dzień szesnaście ton" chwyciłem w krzepkie dłonie stylisko szpadla i wraz z ekipą jąłem przewalać piach.

Na początku było samo
pudełko.

I tak udało nam się zdążyć z zasypywaniem i zagęszczaniem piasku przed sobotnim wieczorem. A przy okazji harpagany wykopały mi dół na kabel elektryczny, przewaliły w tym celu pół górki humusu, położyły pierwsze warstwy izolacji przeciwwilgociowej na ściankach fundamentu.

Na początku było samo
pudełko.

W niedzielę jeszcze dokonaliśmy położenia kolejnych warstw izolacji, przepięcia kabla elektrycznego tak, że w zasadzie już można mi instalować swiatło, choć domu jeszcze nie ma, zinwentaryzowaliśmy kabel do dokumentacji powykonawczej, przesadziłem dwa znalezione pod płotem drzewka orzechowe, przydadzą się później przed duże okno salonu od południa.

Oczekiwanie na
płytę.

No i wydarzyło się jeszcze coś. Budowę nawiedziły dziewczyny. Reagowały różnie. Maniucha była zachwycona, aż trzeba było ją trzymać, żeby nie zanurkowała w Dysperbit (później miałbym córkę Murzynkę, a to cokolwiek białemu ojcu nie wypada), Halina się porzygała (wolno jej, ma dopiero trzy miesiące), a Eliza chyba nic nie zauważyła. Taką mam stoicką żonę.


© Krzysztof Smirnow 2015