Zaroiło się na budowie.

Święty Mikołaj (strefa łacińska), Dziadek Mróz (strefa pansłowiańska) i Cagaan Owgon (strefa postmongolska) wylądowali desantem u mnie na budowie.

W związku z tym niespodziewanie pojawiły się ekipy i pojedynczy fachowcy, żeby ze sobą konkurować.

Z dalekiej Skandynawii zjechał Cieśla i jego Martillos Hermanos. Jednocześnie, choć się nie umawiali, panowie o chłodnych i górnych nazwiskach zakończyli proces obróbki spóźnionej elewacji i nawet ją dostarczyli.

Elewacja
rozładowana.

Rozładunek na plecach inwestora i jego młodszego brata trwał ze dwie godziny. W tym czasie hydraulik klął, choć nie miał do kogo. Drewno, mimo starań, wyszło śliczniutenieczkie. Nawet nie ma wielu sęków. Szkoda, że nie jest modrzewiowe. Jak inwestor zostanie milionerem, to sobie wymieni elewację.

Sosnowe drewno
elewacyjne.

We wnętrzach tymczasem zaczął srożyć się glazurnik. Dla dobra sprawy czynił wylewki wyrównujące, co automatycznie zamknęło dostęp do domu dla wszystkich oprócz niego i kota, który żadnych zakazów nie uznaje. Jak wynika z lektur wspominej innych budujących, każdemu jakiś kot musiał podeptać wylewkę...

Wylewka wyrównująca w przedpokoju czyli
wiatrołapie.

Tak czy owak, glazurnik szybki jest jak generał Pershing w formie pośmiertnego pomnika czyli rakiety. Zanim się obejrzeliśmy, już wyłożył salon płytkami.

Pierwsze kafle w
salonie.

Pershing.

Wkrótce potem zakończył czynić kuchnię. Do świąt ma zamiar skończyć wszystkie podłogi.

Kafle w
kuchni.

To nam daje jeszcze trochę czasu na obliczenia szczegółowe płytek na ściany. Mam nadzieję, że chociaż sam wybór mamy za sobą. Na dobrą sprawę, o ile nie są bardzo ohydne, da się żyć z dowolnymi płytkami, przecież za jakiś czas wszystko musi się opatrzeć. Ale ni ma letko: inwestorka szaleje po składach, kiedy tylko da radę zorganizować logistykę z dzieciarnią.

Tymczasem przyjechali cieśle i nie mieszkając, a ledwie pomieszkując, zabrali się do roboty. Tego samego dnia wieczorem już mieli nacięte łaty i pierwsza ściana szczytowa zaczerniła się wiatroizolacją.

Wiatroizolacja na ścianie
szczytowej.

U mnie nie będzie jak na reklamie. Mam jeszcze dwa pełne zwoje wiatroizolacji innej firmy, a ona jest w kolorze białym, co oznacza, że fizyk powiedziałby "we wszystkich kolorach na raz", a drukarz orzekłby, że "w braku koloru". Zobaczymy, czy wystarczy.

Ledwie wczoraj udało nam się z inwestorką udać na ulicę Bartycką, która to jest Mekką remontujących i budujących w Warszawie i okolicach.

Inwestorka wybiera
kafelki.

Jak się ma pieniądze, oczywiście, bo tanio tam nie jest, oj nie. I co? I nie kupiliśmy. Bo co? Bo się inwestorka co prawda zdecydowała na jakieś (z tej samej kolekcji, hiehiehie), ale nie wiemy ile. Wiem, wiem, głupio zrobiłem, ona jeszcze może zmienić z danie i na oborot się wszystko zacznie. Ale co poradzić?

Inwestorka w salonie - czy ty myślisz, że ja będę tu
mieszkać?!

Aby po raz kolejny zdobyć jakieś rozeznanie w dziedzinie półek, półeczek, obudowy wanny i prysznica oraz posadowienia kibelka, udaliśmy się na plac budowy. A tam coś narosło na ścianie szczytowej.

Elewacja na ścianie
szczytowej.

I się mi dosyć podoba. Chcę to pomalować na jakiś ciemniejszy kolor, tylko jeszcze nie wiem jaki.

Elewacja, a nawet szkielet okapu
przyzbowego.

A hydraulik, rozumicie, nie może kontynuować, bo mu glazurnik zablokował dostęp wylewkami, świeżo położonymi kaflami...

A ja jestem zmęczony, w głowie mi się mięsza, mam kłopoty z zapamiętywaniem najprostszych rzeczy, w tym z ortografią. Samochodem jeżdżę jak emeryt-szachista, bo jakaś zasłona na wzrok mi padła. Cinżko jest, jak to na finiszu.


© Krzysztof Smirnow 2015