Biel wszechogarniająca

Trzy dni urlopu na cele artystyczne przyniosło konkretne owoce. Biel pomału ogarnia cały parter mieszkalny. Trochę jeszcze zostało, ale zdążymy przed przeprowadzką.

Razem z łazienką trudziłem się nad malowaniem naszej sypialni. Jak pisałem wcześniej, purchle, czyli odłażąca farba, spowolniły proces malowania, w mojej ocenie przynajmniej dwukrotnie, za to zwiększyły poziom mojej frustracji, który, zważywszy zmęczenie ciągnącą się od roku budową przekroczyła niedawno poziom zerowy. Ale wreszcie udało się pomalować sypialnię i w efekcie została zamieniona w magazyn tymczasowy na różne śmieci niezbędne na budowie.

master bedroom pomalowany i zamieniony w
warsztat.

Razem na najlepszą z żon zaczęliśmy od jej buduaru, który tymczasowo, jak to w haremie, ma pełnić rolę pokoju dla dzieci. Znowu purchle, ale w kompaniji zawsze weselej. Ja parłem naprzód powierzchnie przy pomocy dużego wałka, ona mniejszym robiła domalki i różne kanty. Później moja wchodzić na drabina i pędzelkiem malować pod sufit i kole czujka.

Buduar też
pomalowany

Kiedy biel rozpełzła się i po kuchni, przenieśliśmy do niej przeznaczone dla niej mebelki. Widok taki od razu uświadamia, że nie jest to wcale duże pomięszczenie.

I kuchnia też pomalowana i z
mebelkami.

I oto nie mieszkając, bo gdzie tu mieszkać, skoro jeszcze nie pomalowane, a i gazu ciągle ni ma, przystąpiliśmy do malowania salonu. Najsampierw jednakowoż odwiedziliśmy instytucję o wdzięcznie brzmiącej nazwie PINB (do sysadminów: nie PING), żeby tam oczywiście nic nie wskórać. Pani urzędniczka wyparła się tego, co tydzień wcześniej powiedziała mojej Matce, kiedy ta składała tam dokumenty. I co? I nic. Taki malutki jesteś przed majestatem urzędu. Czekaj, taki Twój los, Ziemianinie.

Zatem, aby odegnać smutki, raźno zabraliśmy się za salon i jadalnię.

W salonie też biało, że
jejku.

Tamże purchle obrodziły niczym purchawki po deszczu. Zeszło bodaj pół sufitu. Co nakładam warstwę, to odlatują kolejne. No to znowu mieszaj gips, w koło, w koło, Macieju, szpachluj, zacieraj, czekaj, aż wyschnie, szlifuj, zamalowuj. A przy następnej warstwie nowe purchle - w nowych miejscach.

Jadalnia też
pomalowana.

Ale w końcu to są salony, tu się liczy efekt, przecież gościom dziurawych ścian nie pokażę, kurka wodna. Cokolwiek bym nie myślał o gładkich ścianach, jestem, Drogi Czytelniku, zwolennikiem stylu wykończeniowego typu "schronisko górskie", czyli najlepiej na ścianach mogłyby być deski z nieostruganego drewna i już. Gdyby mi się chciało, to bym je pomalował. A jak się chce powiesić obrazek, to się wbija gwóźdź tam, gdzie komu wygodnie. A jak się obrazek tam znudzi, to się bierze obcęgi, albo łapkę i się gwóźdź wyciąga. Nie ma problemu z kruszącymi się narożnikami, łuszczącą farbą. Jest czysto, ale nie ZA CZYSTO - nie strach oprzeć rękę o ścianę, że się zabrudzi ściana. Czasem może to spotkać rękę, ale - takie jest życie. Nie trzeba pieczołowicie gipsować, szlifować, malować... Tylko co poradzić, że nikt poza mną tak nie lubi?

W związku z tym zacinam zęby i godzę się mieszkać w czymś pomiędzy kostnicą i szpitalem - kafelki i gładzie. Trudno. Nie można mieć w życiu wszystkiego.

Nowa ściana już
zagipsowana.

Po przykręceniu ostatniego kawałeczka ściany i zagipsowaniu, do pomalowania pozostał nam korytarz i przedpokój, czyli sień, czyli wiatrołap.

Korytarz czeka na szlify i
malowanie.

Tymczasem Główny Technolog robi to, co lubi najbardziej, czyli mierzy się na rękę z technologią. W efekcie tych utarczek w naszej łazience pojawił się kibelek. Nie podłączony na razie do wody, albowiem ze ściany wystaje kranik 1/2 cala, a z kibelka 3/8 cala. Bo przecież nie może być łatwo i po prostu, bo ktoś by mógł pomyśleć, że sam to może zrobić.

A w łazience pojawił się
kibelek.

A woda już jest. W hydroforni od pewnego czasu szumi sobie pompa i napędza wodę. W wannie dzięki temu można już umyć ręce i wałki malarskie.

A w hydroforni szumi
hydrofor.

A miejsca zostało jeszcze trochę, żeby w razie potrzeby mógł się tam zmieścić hydraulik z narzędziami. Oby nie musiał.


© Krzysztof Smirnow 2015