Inwigilacje i backdoory


Oto czytam sobie artykuł i przychodzą mi różne, różniste myśli do głowy.

Otóż dotarła do mnie luźno z tematem związana historia z Birmy, jakoby rząd (czyli wojskowa hunta) zamówił w Microsofcie i otrzymał, specjalną, birmańską wersję Windows (lub czegoś innego), które np. nie potrafią połączyć się z pewnymi domenami internetowymi. Na przykład. Nie byłem tam, nie widziałem, a jedynie słyszałem, że jak, biedny Polaku za granicą, masz pocztę na onecie, to w Birmie musisz się przeprosić z Linuksem.

A w artykule wspomina się o naciskach na przedsiębiorców prowadzących kafejki internetowe, aby przeszli na Red Flag Linux, który jest produktem miejscowych służb. Dotyczy to także tych, którzy nieopatrznie zdecydowali się jednak za produkt z Redmont (czyli chiński Windows) zapłacić i mają jego legalne kopie.

W artykule podnosi się kwestię, która wydaje się oczywista, tj. prawdopodobnie Red Flag Linux ma zapewnić możliwość inwigilowania obywateli.

W tekście odnajduję dwa błędy, natury politycznej i logicznej.

Pierwszy błąd:

Po pierwsze, Linux jest oprogramowaniem otwartym i wolnym, czyli dostępnym bez ograniczeń do przeglądu, badań i modyfikacji. Jedynym ograniczeniem licencyjnym, jakie postawiono użytkownikom, to kategoryczny zakaz "zamykania" tego oprogramowania (lub podobnie, nie wnikajmy w szczegóły licencji). Zatem nie z powodu samego systemu operacyjnego Linux dałoby się bez wiedzy i zgody obywateli ich inwigilować - potrzebny by był zamknięty (i w ten sposób niedostępny do "rozbrojenia") pakiet programowy produkcji wiadomych służb. Jednakowoż, w tak pirackim społeczeństwie (podobno poziom piractwa jest większy niż w Polsce!) nie ma możliwości, żeby ktoś się nie dogrzebał, wo liegt der Hund begraben i nie wypuścił "pirackiej" wersji systemu Linux, bez tego trojana. Z resztą, prawdopodobnie deinstalacja również nie sprawiłaby problemu. Po drugie, nie takie numery piraci potrafią robić z zamkniętym przecież Windowsem. Czyli to podejrzenie wydaje się nonsensowne. Szczególnie, że na wolnym rynku oprogramowania jest dostępne BSD, które z łatwością Chińczycy mogliby wziąć i wzorem Apple'a przerobić na własną modłę, a następnie zamknąć w jakiejś swojej, państwowej licencji. Na co przecież licencja BSD pozwala. Co to jest dla rządu najludniejszego kraju świata, te kilkadziesiąt milionów dolarów w przeliczeniu na yuany, żeby wyprodukować jedynie słuszną, patriotyczną i propaństwową dystrybucję systemu operacyjnego na wszystkie komputery Chin?

A zatem z pewnością nie chodzi o inwigilację, chyba, że w kontekście takim samym, w jakim inwigilacją są systemy monitoringu miejskiego w krajach jakoby demokratycznych, na przykład w Polsce. Nie zapobiegać, a zbierać haki na wybranych, na wszelki wypadek.

Po trzecie, łatwo ekstrapolować i porównać, jak ogromne masy danych musiałyby przerabiać serwery chińskich wiadomych służb inwigilacyjnych, żeby skutecznie zmonitorować miliard podłączających się do Internetu poddanych. To jest niemożliwe również w najbliższej przyszłości. Dla porównania popatrzmy się na firmę Google Inc. - która na potrzeby budowy bazy danych swojej wyszukiwarki używa jakiegoś niemożliwego klastra kilkuset tysięcy serwerów spiętych światłowodami, utrzymuje niewiarygodnej wielkości zasoby dyskowe - to wszystko rosło w miarę rozwoju, wzrostu zasięgu wyszukiwarki i liczby klientów. Postęp był ewolucyjny i trwał dekadę. Chińczycy będą potrzebować co najmniej tyle czasu, żeby zbudować podobnej wielkości infrastrukturę, a przecież, żeby przerobić o niebo więcej i o niebo bardziej szczegółowo dane, będą musieli takich kompleksów jak ma Google Inc. wybudować zapewne kilkadziesiąt. To oznacza konieczność zatrudnienia setek tysięcy ludzi do tajnej roboty - nie ma szans, żeby projekt nie został zsabotowany w typowo chiński sposób - czyli przez skorumpowanie, rozmycie, skompromitowanie i wreszcie wchłonięcie na powrót do społeczeństwa.

Drugi błąd:

Co stoi na przeszkodzie, żeby, wzorem niewielkiego kraiku, jakim jest Birma, zamówić w zawsze chętnej do wszelkich usług korporacji Microsoft, odpowiednią wersję systemu operacyjnego, która w lat kilkoro wyprze resztki wszelkiej konkurencji, bo będzie sprzedawana taniej (pół darmo), dotowana przez państwo i zawierać będzie wszelkie zamówione zabezpieczenia?

Ha?

Kłaniają się Spiskowa Teoria Dziejów oraz Zasada Powszechnej Paranoi, które u nasz, w Polszcze, są powszechnie (przez tzw. media opiniotwórcze) wykpiwane.

Otóż proszę Państwa i państwa, o ile malutki kraiczek typu Birma doskonale wie, że gdyby Amerykanie chcieli, to by sobie z niego zrobili barbecue (czyly po naszemu - gryla) w godzinę kwadrans i dlatego ma gdzieś tajemnice, jakie ewentualnie ukryte są w systemie operacyjnym, o tyle największy rynek handlowy świata, powstająca potęga gospodarcza, polityczna i militarna w żadnym wypadku nie może tego zlekceważyć. Nie może sobie pozwolić na ustąpienie z żadnych zabezpieczeń, jakie tylko może podnieść, żeby się ochronić przed espionażem dotychczasowego największego mocarstwa świata.

A Windows jest systemem zamkniętym z kilkoma milionami linii kodu i wiadome służby chińskie nigdy nie będą mieć pewności, że w jakiś sposób Amerykanie nie naszykowali im jakiego backdoora. Dla nich najtaniej i najprościej jest wdrożyć i upowszechnić własny system operacyjny, który wyprze podejrzany i kaleki Microsoft. Szczególnie, że, pamiętajmy, jest to kraj posługujący się innym charakterem pisma, a zatem stawiający pewne indywidualne wymaganie swoim komputerom, ale także - bardziej samodzielny w tej branży.

Jakie mamy przesłanki, by podejrzewać, że Chińczycy raczej dążą do upowszechnienia własnego systemu niż do zwiększonej inwigilacji poddanych? Dobrą przesłanką nie-wprost mogą być podobne posunięcia czynione w innym kraju o odmiennym od łacińskiego alfabecie - w Rosji.
A przecież nie chodzi o to, czy Microsoft na uprzejmą prośbę CIA, NBA, USA i innych organizacji, rzeczywiście umieszcza jakieś backdoory w swoim oprogramowaniu, lecz o zasadę, którą znają i przestrzegają urzędnicy wszystkich krajów: CYA, Cover Your Ass, Chroń Swoją Dupę. A z zasady tej wynika, że nie tylko nie można dopuścić do wycieku tajnych danych, ale trzeba zapobiec podejrzeniom (ze strony szefostwa na przykład), że w ogóle mogłyby wyciec, że to jest możliwe. A jest. Bo celem każdego urzędnika jest spokojnie doczekać emerytury. A funkcjonariusze wiadomych służb na całym świecie nie są nikim innym, jak tylko urzędnikami, podobnie jak ta pani w okienku, która Tobie, tak, do Ciebie mówię, wydaje dowód osobisty.

Wygląda na to, że w końcu funkcjonariusze wiadomych służb także w innych krajach prędzej, czy później, połapią się, na jakiej minie siedzą od lat. Nie nastąpi to nagle, bo jest jeszcze coś takiego jak lobby. Ale nie ma lobby na poczucie osobistego zagrożenia. Zatem powolutku, aż do skutku. Aż wreszcie urzędnicy Microsoftu albo zmienią sposób licencjonowania, albo ich produkty znajdą się na jednej półce z produktami Apple'a. Czyli tam, gdzie naprawdę jest ich miejsce.


Słyszeliście o stenografii?

Zajrzyjcie także na opowieść o pewnej przygodzie.


© Krzysztof Smirnow 2015