Wystarczy poczekać

Tak sobie czytam wpis michuka na osnews.pl i się zastanawiam, jak to możliwe, że linuksiarze tak często się oburzają na prosty fakt, że są ignorowani przez wielkie korporacje. A dopiero w tym artykuliku michuka zorientowałem się, o jakich pieniądzach mowa - jeżeli 40 milionów ludzi postanowiło zajrzeć na strony jednego serwisu, którego podstawowym celem jest wyświetlanie reklam, to znaczy, że kalkulację takiego przedsięwzięcia robi się już w milionach dolarów. I zamiast zainwestować z tego, nawet niech to będzie kilkaset tysięcy dolarów, na stworzenie otwartej technologii streamingu filmów, dostępnej dla wszystkich systemów, zarząd korporacji jednakowoż wolał zapłacić (lubo doszło tam do jakiejś innej obupólnie korzystnej wymiany) za technologię hermetyczną, kosztowną dla odbiorcy. Czemu? Zapewne był tylko jeden argument - tak było taniej na poziomie kosztów przedsięwzięcia.

Artykuł wskazuje nam jednakowoż, że ktoś tam się wziął za podsumowanie akcji "Olimpiada" i nie zamierzał czynić kreatywnej księgowości, lecz przeprowadził logiczną analizę zjawiska - zadał sobie pytanie, czemu tak wielu weszło do nas, ale też, czemu tak wielu nie skorzystało z naszych usług. A odpowiedź przyszła sama. Innymi słowy NBC dało się wpuścić w kanał.

Tak samo dają się wpuścić organizacje i instytucje, w których decyzje technologiczne podejmowane są na wysokich szczeblach zarządczych, gdzie siedzą ludzie, którzy technologią jako taką już się nie interesują, gdyż z ich punktu widzenia jest ona tylko narzędziem, a jej koszty to grosze w porównaniu z kosztami wytworzenia produktu. Na tym szczeblu zarządcom jest obojętne, czy technologia jest darmowa czy płatna, otwarta, czy własnościowa - ma tylko spełniać swoją rolę. Czasem, jeżeli jest rzeczywiście kosztowna, mogą zadać pytania o długofalową strategię, ale z reguły są tak zajęci knuciem, że nie zadają.

Zwracam uwagę, że piszę o organizacjach publicznych i prywatnych po równo, choć organizacje publiczne nie muszą być bardzo duże, żeby dotknęła je ta choroba.

Jak jednak można wyleczyć się z tej choroby? Moim zdaniem, popartym kilkuletnią pracą w organizacji publicznej, nie można. Bo przeniesienie decyzji w dół, to przecież jest oddanie władzy i nie może mieć miejsca. Pan prezes lubi swojego windowsa z prywatnego laptoka i chce mieć takiego samego na służbowym, to samo tyczy się jego wszechmogącego asystenta.

Jednakowoż albowiem choroba ta zniknie wkrótce sama. Wydaje nam się, że rzeczywistość już dosyć się nasyciła informatyką i elektroniką, ale oczywiście bardzo się mylimy. Im więcej dziedzin zostanie poddanych informatyzacji, im większy będzie tort, tym większa będzie konkurencja, aż wreszcie dojdzie to takiej zdrowej sytuacji, kiedy producenci zentkną się bezpośrednio walcząc nawet o tak mało ważny wycinek rynku jak systemy otwarte na biurkach - i wtedy wreszcie zaczną inwestować i produkować wersje oprogramowania także na te systemy.

A my, miłośnicy różnych *uxów, bździarze, flossowcy musimy tylko przetrwać do tamtego momentu.

Wystarczy poczekać.


Słyszeliście o stenografii?

Zajrzyjcie także na opowieść o pewnej przygodzie.


© Krzysztof Smirnow 2015