Konserwatyzm warunkowy - homorodzice

Czy można uważać się za konserwatystę i akceptować małżeństwa homo? Ich prawo do adopcji dzieci?

Ostatnio w dyskusji o małżeństwach homoseksualistów i ich prawie do adopcji dzieci, w której zająłem stanowisko anty, dałem się przekonać (tak! Naprawdę! Ustąpiłem przed logicznymi argumentami i przyjąłem punkt widzenia przeciwnika!). Przemówiły do mnie argumenty zdroworozsądkowe, tj. nie ma potrzeby żołądkować się nad zjawiskiem, które ma charakter poboczny, albowiem (tu przytoczę argumenty lepsze niż mój ówczesny adwersarz, bo zlinkowane): 

Ogromny odsetek homosiów nie lubi trwałych związków . A zatem małżeństwo jest im na plaster. Tak przy okazji - zlinkowany artykuł pokazuje, jak dziennikarz nie rozumie, co pisze, albo robi to świadomie - błędnie interpretując podane dane dane. W zajawce napisano: 

Związki homoseksualne należą do najmniej trwałych? Nieprawda. Z badań seksuologów Peplana i Cochrana wynika, że w trwałych związkach homoseksualnych żyje 40-60 proc. gejów i 45-80 proc. lesbijek.


Czyli fakt, że wg pana Pleplana i Czochrana (nie mogłem się powstrzymać, aż mi trudno uwierzyć w prawdziwość tych nazwisk, zadziwiająca zbieżność) ok. połowa homoseksualistów nie utrzymuje stałych związków jest dowodem twierdzenia, że homoseksualiści nie są bardziej niewierni niż heteroseksualiści. 50% do 20% to ma być niby to samo...

Zatem jeżeli homoseksualiści stanowią, a niech tam, bardzo  hojny dziś jestem10% produkcyjnej populacji Polski (dzieci nie zaliczam do grup posiadających preferencje, osoby starsze chyba nie mają licznej reprezentacji w tych różnych manifach, czy czymś) liczącej (osoby od 18 do 59 to ok. 24mln w 2010r), z czego może połowa wybrała homoseksualizm (bo inni to tacy homo na pół gwizdka), z czego połowa (hojny jestem) żyje w stałych, zdeklarowanych związkach homoseksualnych, z czego może czwarta część to związki o ambicji budowania rodziny (hojny jestem), z czego połowa jest już zbyt stara na wychowywanie dzieci, na koniec trzeba liczbę podzielić na 2 (bo mówimy o parach), to i tak daje nam 37.500 par. W całości. Szacunki z Wikipedii (moim zdaniem znacznie zawyżone, bo wyprodukowane przez głośnych uczestników kampanii) pokazują rozpiętość od 57.000 do 15.000 par homo wychowujących dzieci - pomimo braku takiej prawnej możliwości w Polsce - co powinno być kolejnym argumentum pro, o ile ma cokolwiek wspólnego z prawdą. Tak czy owak - prostym dzieleniem doszedłem do podobnych wyników. I co widać? Sprawdźmy jeszcze jedną daną -  liczbę dzieci w bidulach . W 1997 roku 18.000? W  tym artykule , niewątpliwie opublikowanym znacznie później, mowa już o 80.000. Jednocześnie stwierdza się, że zaledwie 3% (540-2400) to sieroty naturalne, reszta to wynik gorliwości pracowników społecznych, prokuratur oraz patologii rodzinnych.

Jeszcze raz: 

  1. W Polsce jest około 250.000 homoseksualistów obojga płci. Większości z nich ten problem w ogóle nie dotyczy.
  2. 15.000 par homo już wychowuje dzieci poza systemem prawnych pozwoleń
  3. W bidulach pozostaje wciąż od 20 do 80 tysięcy dzieci, z czego max 2500 to prawdziwe sieroty.

Nic dyplomatycznego nie przychodzi mi do głowy...


Wniosek z tego mam taki, że która para homo rzeczywiście chciała mieć dzieci, to już je ma, a kto tam krzyczy o małżeństwa homo i prawo adopcji, duby smalone bredzi, lub inne cele ma na myśli. Skutek już zaistniał, nie ma już co pracować z przyczynami. My już żyjemy w tym świecie. Nie da się temu już zapobiec. A jeżeli dzieci homoseksualistów mają problemy z jakimiś kwestiami urzędowymi z powodu swoich "rodziców", to należy im pomóc, bo przecież nie są winne, że mają takich a nie innych "rodziców" - bo to już byłaby dyskryminacja niewiniątek, a temu jestem stanowczo przeciwny.

Bo co do małżeństw, to nie mam problemu, że homoseksualiści będą mogli po sobie dziedziczyć. Przecież ja po nich i tak nie dziedziczę, więc to nie moja sprawa. 

Byłem przeciwny kwestii adopcji dzieci - a tu się okazało, że życie dawno wyprzedziło te kwestie. Odbieraniu dzieci tym parom zasię jestem stanowczo przeciwny - to już wolę, jak jakiś dzieciak ma dwóch tatusiów (bo też i wizja dwóch mamuś mniej mi przeszkadza), niż miałby siedzieć w bidulu. Przypuszczam też, że znacząca większość par homo posiadających dzieci, to pary lesbijskie, że tak powiem, wyposażone w moce produkcyjne do wytworzenia sobie potomków bez współpracy z władzą. A pary męskie, jak sądzę, w znaczącej większości, podobnie jak mężczyźni hetero, przed zaistnieniem faktu nadchodzącego dziecka i tak nie są gotowi na ojcostwo, więc stanowią margines problemu - a to ewentualnie oni potrzebowaliby prawa do adopcji dzieci, bo sami sobie nie urodzą.

Gdzie zatem lokują się moje poglądy w tej kwestii? Gdyby mnie kto zapytał w tajemniczych czasach, kiedy "nie było jeszcze homoseksualistów", powiedziałbym, że wolałbym, aby zjawisko nie zaistniało. Ale, jak widać, już zaistniało. Jest zatem jak listopad. Jestem przeciw, ale nie zwalczam. Uważam, że są znacznie poważniejsze problemy, które nie mają związku z moralnością pederastów, która powinna być ich prywatną sprawą. Zatem nie akceptuję, ale toleruję. Znaczy, jestem tolerancyjny.

Czy konserwatysta nie może być tolerancyjny? Moim zdaniem - powinien. Tolerancja to wolność.

Próbuję sobie wyobrazić tę oszczędną konwersację podczas przerwy na papierosa podczas wywiadówki w szkole. Nie, w ogóle mnie to nie obchodzi, czy ten tata ma męża, czy żonę. Byle się z tym nie obnosił, nie afiszował, nie oczekiwał taryfy ulgowej we wzajemnym traktowaniu się. Toż ja nie chodzę po ulicach z tablicą "Jestem żonaty i mam dzieci - nie wolno ci nazywać mnie frajerem!". Jak ktoś uważa mnie, czy innych rodziców za frajerów, jego sprawa. Zatem niech się taki tato nie biesi, że ktoś się odruchowo wzdrygnie, kiedy usłyszy:

- A, bo my z mężem ostatnio postanowiliśmy Maciusiowi kupić komplet "Małego chemika".

Znalazłem. Konserwatyści są przeciwko tym różnym dziwnym, nowomodnym konfiguracjom, bo ich zdaniem wpływa to źle na narodową rozrodczość. Żesz kurczę bladę, to chyba mogę z tego poszydzić, skoro wyrabiam uczciwie swoje minimum? Osobiście uważam, że znacznie lepiej na rozrodczość wpłynęłyby częste awarie prądu, a jeszcze częstsze i długotrwałe - telewizji. Niestety, w dzisiejszych czasach bez prawdziwej polityki prorodzinnej, czyli pomocy logistycznej w wychowaniu dzieci (nie jakieś żałosne becikowe), promowaniu wykształcenia dzieci, stworzenia dla nich dróg rozwoju, nie będzie mowy o zwiększeniu przyrostu.

Za to nie akceptuję, nie toleruję czynienia ze spraw łóżkowych tematu debaty politycznej, czy społecznej. Nie toleruję roznegliżowanych faciów w stringach, piórach, kauczukowych pończochach i przedłużaczach prącia paradujących w miejscach publicznych. Ale oni, jak sądzę, dzieci mieć nie chcą - oni po prostu oprócz tego, że homoseksualiści, są jeszcze ekshibicjonistami - na to są paragrafy i służby porządkowe nie powinny pozwalać na takie zachowanie.


Słyszeliście o stenografii?

Zajrzyjcie także na opowieść o pewnej przygodzie.


© Krzysztof Smirnow 2015