Komentarz do artykułu w Rzepie pt. "Nigdy nie dogonimy bogatych"

Artykuł ukazał się >>TU\<\<

Konkluzja artykułu jest taka, że wymierający naród nie może mieć dobrej gospodarki. A czemu? A temu, że ciąży na nim obowiązek utrzymania swoich staruszków. A skąd ten pomysł? A z połowy XIX wieku, kiedy na jednego staruszka (bez emerytury!) przypadało 120 osób w wieku produkcyjnym - tzw. umowa społeczna była dobrą polityczną propozycją i możliwością zdobycia pieniędzy na zbrojenia. Teraz układ powoli się odwraca i za chwilę jeden pracujący będzie utrzymywał 20 staruszków-emerytów.

Pytanie, jak zawrócić trend? Otóż wszyscy tutaj powtarzają, że kobiety muszą dzieci więcej rodzić. A niby czemuż to miały by być takie głupie? Jeżeli na rodzinę wywierane są dwa naciski, które w czasach, kiedy stosunek liczby starców do młodzieży nie miał istotnego znaczenia, nie istniały: 1)wysoki poziom życia i 2)system emerytalny; o masowej produkcji niemowląt nie ma i nie będzie mowy, choćby politycy z dziennikarzami na spółkę co wieczór w telewizji robili Rejtana. Bo zarówno jak potencjalni ojcowie, potencjalne matki mają dużo ciekawszych rzeczy do roboty, niż chowanie bachorów. Mówię z doświadczenia, świat dziś jest pełen podniet, które świetnie mogą zastąpić męki rodzicielstwa, np. skoki na spadochronie, żeglarstwo morskie, podróże, kolekcjonowanie, grillowanie, Camel Trophy... Dzieci w tym wszystkim tylko przeszkadzają.

Rodzina (o ile parę bez dzieci można nazwać rodziną), która decyduje się na dzieci, decyduje się zatem na obniżenie swojej stopy życiowej o co najmniej połowę (licząc od średniej krajowej wydatki, jakie trzeba ponieść na dzieci oraz pracę, którą trzeba włożyć) - bezpośrednio z powodu dzieci. Bo przecież jeszcze podejmuje liczne decyzje z dziećmi związane tylko pośrednio (np. decyzja o zakupie na kredyt mieszkania, zamiast tułania się po wynajętych lokalach, zakup większego samochodu lub w ogóle jakiegoś itp.), które stopę życiową obniżają dodatkowo i wprowadzają w życie poczucie tymczasowości nowego rodzaju, kiedy połowę, lub więcej, pensji zjadają raty kredytu hipotecznego.

Podsumowując: dzieci w dzisiejszych czasach mieć się nie opłaca. Internet, telewizja oraz inne rozrywki z powodzeniem potrafią je zastąpić.

W świetle powyższego zatem, jakie widać rozwiązania?
1. Eutanazja staruszków - opcja odpada, przynajmniej w moich oczach.
2. Wprowadzenie podatku "bykowego" - odpada, nie da się wprowadzić następnego podatku w wysokości 50% pozostałego dochodu i nie spowodować emigracji pracujących do szarej strefy.
3. Sprowadzenie nowej, "świeżej krwi" - próbowali to na Zachodzie zrobić z muzułmanami i teraz mają kłopot, do którego się nie chcą przyznać. U nas mogłoby wypalić, bo bardziej się do nas garną Wietnamczycy, a to pracowity i liczny naród buddystów-konfucjanistów - ale z jakiegoś powodu nasza władza woli wspierać Czeczeńców, a Wietnamczyków gonić. Nie rozumiem tego.
4. Obniżenie stopy życiowej - samo się zrobi, czego dowodzi komentowany artykuł. Dobre (znaczy, złe, nikt tego nie chce i świadomie nie narzuci), ale nie wystarczy, patrz punkt niżej:
5. Likwidacja obowiązkowych ubezpieczeń emerytalnych. Tylko świadomość, że ubezpieczenie na starość to własny majątek (nawet zainwestowany w polisę emerytalną, ale z własnej woli i wedle własnego pomysłu) oraz dzieci, które go odziedziczą, skłania ludzi do przedsiębiorczości i zakładania LICZNYCH rodzin!** Wiem, że to teza z programu Pierwszego Błazna Rzeczpospolitej, ale moim zdaniem takie są fakty. Akurat stopa życiowa Polaków wciąż jeszcze nie jest tak wysoka, żeby w ogóle zaniechali rozmnażania się. Ale złudna obietnica emerytury jednak, moim zdaniem, wciąż niektórych powstrzymuje od roboty. W związku z tym decydują się na rozwiązanie luksusowe, mimo znanych już wyników "wdrożeń" w Chinach: robią sobie jedno dziecko. Bo jedno, to radości więcej, a roboty nie za wiele.

Czyli wymieramy. Ale trochę wolniej, niż Zachód.

Niektóre tezy tego artykułu warto by było sfalsyfikować. Otóż autor sam w pewnym momencie pisze, że jakiś mądry profesor pokazuje, że u nasz procentów zacznie ubywać koło 2030r. Ale względem czego? Czy ono wyliczenie odnosi się do ekstrapolacji danego trendu z Zachodu, czy może jednak zajął się też stworzeniem prognozy dla nich, a następnie porównał swoją prognozę do prognozy dla Zachodu? Jeżeli zbyt namieszałem, uproszczę, cytuję:

Obecnie PKB na głowę mieszkańca z uwzględnieniem siły nabywczej w Polsce wynosi 63 proc. średniej 27 krajów Unii Europejskiej. W 2000 r. było to zaledwie 48 proc. Pokonaliśmy zatem spory dystans w pogoni za bogatszymi krajami Zachodu. Choć także w tym pościgu tkwią łyżki dziegciu, które zmniejszają nasze zasługi.
Po pierwsze, do Unii wstąpiło od 2000 r. 12 mniej zamożnych krajów z Europy Wschodniej. Zwłaszcza Bułgaria czy Rumunia istotnie zaniżają średnią europejską. A skoro tak się stało, to łatwiej jest „gonić" taką Europę.

Po drugie, nasz awans, szczególnie w ostatnich latach, zawdzięczamy nie tyle naszej świetnej polityce gospodarczej czy fenomenalnemu rozwojowi, ale raczej temu, że to kraje Zachodu przeżyły załamanie wzrostu. W 2009 r. realne PKB spadło w 27 krajach UE o 4,3 proc., zwijały się gospodarki nawet największych krajów. Niemcy straciły 5,1 proc., Włochy 5,5 proc., Wielka Brytania 4,4 proc. Nie mówiąc o krajach takich jak Łotwa, Litwa czy Irlandia, w których PKB zmalał odpowiednio o 17,7 proc., 14,8 proc. i 7 proc. Także kolejne lata 2010 - 2011 nie były łaskawe dla gospodarek Unii. PKB całej „27" zwiększył się odpowiednio o 2 i 1,5 proc.

Zatem zdemaskował autor fałszywe rewelacje o naszej tygrysowatości, pokazując, że jak obiekt, względem którego się oceniamy, słabnie i marnieje, to nasze wyniki wyglądają w tym świetle lepiej. Innymi słowy nawet, my również możemy marnieć i kurczyć się, ale na tyle wolniej w porównaniu, że z pokładu Zachodu może to wciąż wyglądać jak wzrost.

Przechodząc zatem do kwestii wymierania Europy i skutków gospodarczych, jeżeli u nas dzietność jest na niskim poziomie, a u nich na ujemnym, a jednocześnie ten parametr w artykule wskazany jest jako kluczowy dla długofalowego prognozowania gospodarki, należałoby porównywać się do odpowiedniego, odnośnego punktu ich wykresu. A więc (by zacząć niegramatycznie):

proces doganiania najbogatszych krajów Zachodu zatrzyma się w 2020 r., a następnie odwróci. Zaczniemy stawać się relatywnie coraz biedniejsi! Prof. Rapacki wylicza, że w 2060 roku będziemy mogli pochwalić się zaledwie połową poziomu dochodu na mieszkańca krajów Zachodu, rozumianego jako „15" - tzw. kraje starej Unii.

Znaczy, różnica będzie rosnąć? Czy naprawdę będziemy coraz biedniejsi?

O co mi chodzi? Chodzi o to, że autor twierdzi, iż dobrobyt bierze się z pracy. A jeżeli u nas ubywa pracowników, znakiem tego dobrobytu też ubywa (lub wolniej rośnie, bo u ekonomistów mierzy się tylko wzrosty). Ale przecież wyludnienie dotyczy także krajów Zachodu! Czy zatem ich ten problem nie dotknie? Śmiem wątpić.

Obawiam się, że nasz rodzimy chaos, korupcja, złodziejstwo i co tam jeszcze, są dość solidną tarczą przed nieszczęściami. Jeżeli 20 lat temu Polacy w trwodze modlili się do Boga, tak teraz, kiedy wreszcie za jaja ich ucapi ten kryzys, znowu dadzą na msze, zaczną uprawiać grządki i robić dzieci - co przywróci normalną gospodarkę mimo starań naszych polityków.

Pozostaje zatem tylko życzyć Zachodowi, żeby z tymi samymi problemami (oraz muzułmanami) uporał się później niż my, a Niemcy, Anglicy, Francuzi znowu będą do nas jeździć na saksy, jak to już miało miejsce w XVII wieku.


Słyszeliście o stenografii?

Zajrzyjcie także na opowieść o pewnej przygodzie.


© Krzysztof Smirnow 2015