Czy Dugin nosi brodę, czyli o naszym pastwisku.

Czytając wspaniały artykuł Pawła Krawczyka "Geopolityka Aleksandra Dugina jako nowa dialektyka historyczna" poczułem w sobie rosnące pytanie: czy Dugin nosi brodę?

Odpowiedź znalazłem dość szybko, przetrząsając Internet: raczej nosi.

A skąd taka refleksja? Mianowicie z pięknego streszczenia odwiecznego kompleksu Rosjan wyrażonego przez duginowskie "dwójmyślenie":

O Imperium wiadomo tyle, że ma być ono zaprzeczeniem liberalno-wolnomyślicielskiej cywilizacji Zachodu i oazą rozwoju duchowego w oparciu o konserwatywne wartości prawosławia. Dugin bardzo niechętnie odnosi się do postępu w jakiejkolwiek postaci. Z drugiej strony Europa Zachodnia przyłączając się do Imperium ma dostarczyć mu całego swojego zaplecza naukowego, biznesowego i zaawansowanych technologii, które, jak przyznaje filozof, w Rosji nie są w najlepszym stanie. Prymat prawosławia ma się jednak rozciągać nad wszystkimi sferami życia, w tym także i nad nauką, która też ma być "konserwatywna", co brzmi raczej jak oksymoron.

Prawda, że śliczne? Po przeczytaniu czegoś takiego od razu przypominają się prześladowania starowierów , które w myśl mojej geopolityki można uznać za pierwsze ruchy modernizacyjne w Moskwie, których ukoronowaniem miało być panowanie Piotra Wielkiego. Otóż, jeżeli Dugin jest taki konserwatywny, niechaj wróci do wiary raskolniczej, bowiem ona tylko jest wolna od zgubnych wpływów Zachodu. Nowa cerkiew moskiewska ma oblicze ugładzone, dostosowane do opinii krajów, do których Rosja aspirowała i, nie wiedzieć czemu, wciąż aspiruje. Zresztą ideologia raskolników odpowiada bełkotowi Dugina. Problem polega jednak na tym, że cerkiew starego obrządku była autokefaliczna (tj. samodzielnie myśląca), czyli niepodporządkowana politycznie caratowi - a o to głównie w tych prześladowaniach chodziło. W wypadku ideolo Dugina o żadnym autokefalizmie mowy być nie może. Jest to tekst pisany jakby na zamówienie aktualnego reżymu, stanowi wyraz znanych kompleksów Rosjan.

Tzn. my, Polacy, też mamy kompleksy, ale one są nasze, swojskie i swoiste, i nie stanowią przedmiotu niniejszego tekstu.

Innym fragmentem artykułu, który bardzo mi się spodobał, głównie dlatego, że jakiś czas temu przemyślałem sobie tę kwestię i wyrobiłem na jej temat zdanie, było:

Jeszcze jednym powodem, dla którego państwa Europy Środkowo-Wschodnieji Zachodniej miałyby się przyłączyć do Imperium Eurazjatyckiego byłaby entuzjastyczna ucieczka tychże spod mrocznej władzy Mordoru... czyli USA i NATO. Lektura "Podstaw geopolityki" wśród rosyjskich "niewyjezdnych", czyli głównie funkcjonariuszy służb specjalnych i wojska, którzy nigdy nie byli w Europie, musi być przeżyciem które pozostawia traumatyczne wspomnienia na całe życie. Europa jest tam przedstawiona jako amerykańska kolonia, jęcząca pod okrutnym butem NATO i marząca o przyłączeniu się do Rosji, która jako ostatni bastion chrześcijaństwa na świecie opiera się ateistyczno-liberalnym hordom natowców w bezwzględnym pochodzie "ekspansji NATO" na wschód.

Otóż moim zdaniem Europa Zachodnia jest amerykańską kolonią, z tym że nie jęczy pod batem, a pasie się na zielonej łączce okolonej świeżo pomalowanym na niebiesko płotkiem. Ulegając ideololo demokracji mamy skłonność zapominać, że zarówno Państwa Centralne, jak i Ententa okropnie się zadłużyły u nowojorskich bankierów, aby móc prowadzić działania nazywane dziś Pierwszą Wojną Światową. Dwie dekady później, po interludium Wielkiego Kryzysu nastąpiło allegro furioso, w którego efekcie Zachód popadł w jeszcze głębszą zależność - już nie tylko gospodarczą, ale militarną. Czymże był Plan Marshalla? Przecież nie akcją charytatywną, tylko nową (wówczas nową, dziś zupełnie normalną) metodą kolonizacji: budową stałej klienteli.

Dygresja

Popadnę tu w dygresję i użyję porównania:

Gdzieś pośród borów pewien fabrykant wybudował zakład produkujący dobra wszelakie, słusznie rozumując, że okoliczna ludność dóbr tych nie posiadając, niezwłocznie ich zapragnie. Bogaty fabrykant rozumie, że aby jego fabryka mogła produkować, niezbędna jest klientela na produkty tejże fabryki. Okoliczne wsie jednakoż zrujnowały się w efekcie walk na sztachety, widły i siekiery, których przyczyną była stara vendetta, w oczach fabrykanta bezsensowna i dawno przebrzmiała, narodziła się bowiem w czasach, gdy jeszcze w okolicy nie było fabryki, a poszło przecież o dobra, których teraz ta fabryka dostarczyć może w nadmiarze. Na skutek wszakże vendetty mieszkańcy tych wiosek popadli w biedę, niektóre wioski spłonęły, a ich byli mieszkańcy osiedlili się na wyrębach z trudem budując podstawy nowego bytu. Bieda, choroby, negatywne sprzężenie zwrotne w lokalnej gospodarce tak źle naoliwionej, że osie aż piszczą. Dodajmy, że walki wreszcie wygasły w efekcie interwencji ochroniarzy fabryki, których prezes posłał, żeby wreszcie z tym zrobić porządek.

Co w takiej sytuacji ma zrobić fabrykant, który przytomnie widzi, że ze zrujnowanych pogorzelców klienci żadni? Sięga do kieszeni i zaczyna udzielać im niskooprocentowanych pożyczek, przy okazji gęsto wspominając, że nie muszą odpracowywać wszystkich dóbr, otóż niektóre mogą od ręki nabyć w jego sklepie lub bezpośrednio w fabryce. Nowe pieniądze uruchamiają dodatnie sprzężenie zwrotne w lokalnej gospodarce, wsie szybko się odbudowują, a dzieci niegdysiejszych pogorzelców już nawet nie wiedzą, że spora część ich materialnego dobrobytu pochodzi z fabryki, w której sporo ich ojców i stryjów pracuje, nawiasem mówiąc. A konkretnie w filiach fabryk budowanych w kolejnych wioskach, bowiem popyt na produkty ciągle rośnie.

Koniec dygresji

I tak dalej. Obrazek ten jest tym bardziej prawdziwy, że oddaje właśnie ową istotę ostatniego dobrobytu europejskiego, który zbudowany został za amerykańskie pieniądze i służy spłaceniu starych kredytów, zaciągnięciu nowych, i tak w kółko. Różnica w tym obrazie pomiędzy wizją Dugina a moją zawiera się jednakoż w słowie "dobrobyt": popadając w coraz głębsze i bardziej poplątane zadłużenie od amerykańskich systemów bankowych Europa coraz bardziej przypomina Raj na Ziemi, że aż prości Amerykanie nam zazdroszczą, jak mało pracujemy, a jak przyjemnie spędzamy wolny czas.

Spoglądając tak bardzo geopolitycznie, że aż Dugin by musiał zdjąć czapkę, możemy spróbować zdefiniować globalne trendy gospodarczo-polityczne, które wytworzyły historię ostatniego stulecia.

Otóż Wielka Wojna (dziś zwana Pierwszą) była skutkiem Rewolucji Przemysłowej (jak popularnie nazywa się eksponencjalny wzrost tempa rozwoju technologii) skutkującej poważnymi zmianami stylu życia na wszystkich poziomach i we wszystkich społecznych warstwach. Zmiany te dotykały społeczeństwa proporcjonalnie do ich stopnia uprzemysłowienia oczywiście. Na bazie tych przemian gdzieś w okolicy czasowej Wielkiej Wojny Fritz Haber rozwiązał definitywnie problem głodu na świecie, wynajdując nawozy sztuczne, które niwelują problem nieurodzajów (od tej pory głód w krajach uprzemysłowionych pojawić się mógł tylko i wyłącznie na wyraźne życzenie władzy, co było do udowodnienia na Ukrainie w latach 1932-33), opracowano przemysłowe techniki produkcji lekarstw, zbudowano systemy powszechnych szczepień, ustalono prawa pracownicze i dokonano istotnych odkryć, które skutkują, że Europa wygląda, jak wygląda. Mianowicie odkryto, że pracownik zadowolniony pracuje lepiej niż ten niezadowolniony, że ogromne nakłady na jego zadowolenie są mimo wszystko tańsze niż nakłady na pokrycie strat wynikających z jego niezadowolenia. W międzyczasie powstały skomplikowane teorie ekonomiczne, które aktualnie są w fazie eksperymentalnej w różnym stopniu, w różnych krajach, jak np. kryzysowe zarządzanie permanentnym zadłużeniem, którego nie da się spłacić, przy równoczesnym świadomym unikaniu bankructwa przez stwierdzenie, że nie ma czegoś takiego. Podsumowując: Nowy Wspaniały Świat rzeczywiście przypomina nieco wizję Huxleya, ale w porównaniu z życiem, jakie zaserwowali komuniści i ich potomkowie narodom Imperium Wszechrosji, jest to naprawdę Raj na Ziemi.

Obiło mi się o uszy, że ktoś nawet znalazł metodologię, która pozwala wyliczyć w miarę naukowo, że chociaż powodzi się nam coraz lepiej, w rzeczywistości powodzi nam się coraz gorzej. Rozumiem to i zgadzam się z taką ogólną konkluzją, ale z pewnymi zastrzeżeniami:

  1. od wielu lat nie mierzymy już gospodarki i stopy życiowej pytając "czy rośnie", tylko pytając "jak szybko rośnie", przekładając to na język szkolnej analizy funkcji, nie patrzymy już na wykres samej funkcji, a jej pochodnej, która od dłuższego czasu jest stale dodatnia, pytanie tylko, jaką ma wartość (czy wysoką, czy niską). Aktualnie dyskutuje się nie o samym wzroście, tylko o tempie wzrostu.
  2. tempo rozwoju techniki i technologii jest dziś tak wielkie, że samym tym niweluje być może rzeczywisty spadek jakości życia prostych ludzi (czyli niby mamy więcej, ale mamy mniej) - ergo, bardzo możliwe, że prawdą jest, że gdyby z równania usunąć rozwój techniki (stale dodatni!), jakość życia od np. 50 lat nam spada. Być może jest prawdą, że jedynym czynnikiem, który moje życie, jako prostego człowieczka, polepsza, jest właśnie technika i technologia, a na poziomie społecznym i gospodarczym ponoszę straty. Możliwe, choć chyba trudne do udowodnienia. Ale nie da się technologii z tego równania usunąć, gdyż jest ona immanentnym składnikiem gospodarki, podobnie jak nie da się z równania transakcji handlowej usunąć ani sprzedawcy, ani towaru, ani klienta - bo wtedy po prostu nie ma transakcji. To w efekcie postępu nauki i technologii gospodarka wygląda, jak wygląda - inaczej wciąż byśmy żyli na trójpolówce i modlili się "od głodu, zarazy wybaw nas Panie". Bo od tegoż zostaliśmy już faktycznie wybawieni. Na liście zagrożeń wciąż pozostały wojna i nagła śmierć. Ale uczeni nie zaprzestają pracy, może i na to znajdzie się rada w przyszłości...

Patrząc na powyższe rzeczywiście mogę się zgodzić, że kiedyś życie wyglądało inaczej, bo ludzie w większości mniej czasu spędzali na zarobkowaniu jako takim (tj. pracy dla uzyskania dóbr luksusowych), a więcej na czynnościach służących prostemu przetrwaniu. Stąd może wyniknąć powszechny u mieszkańców wielkich miast modlących się do tzw. natury i tzw. naturalnego trybu życia błąd myślowy, że kiedyś żyło się lepiej. Jednakowoż, jeżeli spojrzymy bardziej trzeźwo, widzimy, że luksusów, jakie są dostępne dziś każdemy prostemu Europejczykowi, nie mieli kiedyś królowie, że nie wspomnę o jakości obsługi medycznej. W rzeczywistości dziś po prostu większość czynności służących przetrwaniu zostało już zautomatyzowanych lub outsourcowanych - wodę mamy w kranie, ogień w piekarniku, produkty do wytworzenia żarcia w sklepie... Koncentrujemy się zatem na pozyskiwaniu dóbr w oczach naszych antenatów ściśle luksusowych (by nie rzec "lukullusowych") - do tego stopnia, że większość pozyskiwanych drogą zarobkowania środków na bogatym Zachodzie wydaje się właśnie na luksusy i rozrywki, a nie na środki przetrwania. Bo aby przetrwać, w Polsce roku 2015 potrzeba (zgodnie z oficjalnym, urzędowym ustaleniem) ok. 500,00PLN na osobę (to urzędowe ustalenie poziomu tzw. minimum egzystencji, nie mogę tu dyskutować, ile rzeczywiście potrzeba do przeżycia, bo najpierw trzeba zdefiniować to przeżycie, a potem zdać się też na operatywność i pomysłowość danej jednostki). A to oznacza, że kelnerka z Płocka zarabiająca 7,00PLN netto za godzinę (na które to pieniądze uchodźca z Afganistanu nawet nie chciałby splunąć) zapewnia sobie przetrwanie po max. 10 dniach pracy (nie licząc napiwków). Pozostałe 15 dni z oficjalnego roboczego miesiąca zarabia na luksusy. To prawda, że bez tych luksusów większość dziś nie potrafi żyć, niektóre więc zaczynają awansować do rangi dóbr koniecznych - ale to jest szara strefa, trudna do argumentowania.

Na zawsze-politycznie-poprawnym fejsbuku (straciłem rok na codziennym lurkowaniu) spotkałem różne takie teorie, że wraże korporacje zamieniają nas powoli w niewolników, że GMO nas zatruje, a korporacje farmaceutyczne nie produkują leków, tylko środki zaleczające choroby (bo jakby wyleczyły, nie potrzeba by było leków), a często wywołujące nowe choroby jako skutki uboczne, bzdury feministyczne tutaj pominę, bo nie należą do tematu... Stąd niektórzy moi znajomi z fejsbuka promują np. naturalne środki czystości domowej produkcji (na bazie octu na przykład) zapominając, że sukces owej tzw. chemii na tym właśnie polega, że czyści lepiej, nie śmierdzi octem (chyba, że na życzenie klienta), a kosztuje taniej. Oczywiście zgadzam się, że owe tanie środki czystości (podążająca za nimi czystość) i sterylna żywność stały się przyczyną nowych chorób takich jak powszechne alergie i rak. Ale nie w tym sensie, że je wywołały. Raczej chodzi o to, że poprawa życia, zdrowia, zażegnały choroby, na które cierpieli nasi przodkowie (kto dziś pamięta, czym jest błonica, krup, krztusiec, szkarlatyna?), dając pole schorzeniom, na które **nie mieli czasu umrzeć**, bo nie zdążyli - załatwiały ich te stare choroby. Ilu znacie ludzi cierpiących na dnę czyli artretyzm (kiedyś zwaną podagrą lub lumbago, zależnie od miejsca bólu)? Kto ma ubytki w zębach, blizny po ospie, syfilisie, bóle reumatyczne? Skoro przetrwaliśmy choroby niemowlęce, dziecięce, schorzenia z powodu ciężkiej pracy na tzw. świeżym powietrzu oraz choroby wynikłe z awitaminozy i niedożywienia - na coś jednak musimy umrzeć! Dziś umieramy na zawały, raka, przy okazji mając Parkinsona i Alzheimera, czyli cierpienia niegdyś nobilitujące, bo dostępne tylko naprawdę bogatym i długowiecznym.

Takoż zatem mogę się jeszcze raz zgodzić, że współczesna Rosja to "ostatnie podrygi zdychającej ostrygi" - ostatnie drgnienia agonalne starego systemu gospodarczego, który próbuje nie dać się uzależnić od rosnącej od pół tysiąclecia finansjery o pochodzeniu lichwiarsko-żydowskim (tu nie ma żadnej teorii spiskowej, tak po prostu jest, dokumenty są jawne i dostępne). Pewnie tak jest. Ale prości ludkowie nie mają takiego wyboru. Powinni kierować się swoim interesem, a nie jakichś trudnych do określenia grup gospodarczych. A gdzie trawa jest bardziej zielona, gdzie masełko tłustsze - to każdy przecież widzi.


© Krzysztof Smirnow 2015