O prawie do broni

Gdy sitwy kwiczą odrywane od koryta, PiS odprawia festiwal tryufalny, prokuratura po raz kolejny kompromituje się postkomuszym lizusostwem robiąc najazd na publikującego głupoty nastolatka, my zwykłe człowieki czekamy, aż coś naprawdę istotnego się w naszym życiu zmieni. W ramach tak zwanej ,,dobrej zmiany''. A jest tego trochę. Mogę wyliczyć, ale po co tracić takie dobre tematy?

W dzisiejszym wpisie chciałbym się skoncentrować na jednej z takich prostych, acz z punktu widzenia zastarzałych administratywistów rewolucyjnych, zmian. Chodzi o prawo człowieka do obrony siebie i swojej rodziny. Z pewnością wielu z nas toczyło w tej sprawie zażarte

Dyskusje

Do niczego zwykle w nich nie dochodzi. Strony pozostają na swoich stanowiskach, jak to w Polsce. Toż właśnie u nas istnieje przysłowie kupić, nie kupić, potargować warto.

Przeciwnicy posiadania broni w swojej argumentacji koncentrują się głównie na strachu. Zwolennicy posiadania broni zwykle argumentują... Strachem. Czyli obiema stronami rządzi strach. Czy rzeczywiście? Wydaje mi się, że przeciwnikami broni rządzi lęk, a strach dotyczy zwolenników. A dlaczego? Ano dlatego, że lęk jest czymś często irracjonalnym, uzasadnionym wewnętrznymi przekonaniami, przewidywaniami, antycypacjami. Strach natomiast ma swoje przyczyny w zjawiskach postrzeganych. Innymi słowy to strach sprawia, że chcemy mieć pazury. Lęk każe nam zastygnąć bez ruchu i udawać, że nic się nie dzieje. Lęk każe nam bać się własnej zdolności do obrony. Strach każe nam się bronić, nawet poprzez atak.



Przeciwko groźnym rozbójnikom

Pobieżne przeszukiwanie netu w poszukiwaniu wypowiedzi zwolenników i przeciwników pokazuje dość jasny schemat.

Pierwszym argumentem, który się rzucił w oczy, było: Złodziej świadom, że jego ofiara nie niesie ze sobą zagrożenia, nie będzie jej krzywdził bardziej, niż to konieczne. - to moja interpretacja różnych wypowiedzi, z których zacytuję jedną: Zabiliby Ciebie, zanim nawet byś zorientował się, że Cię okradają. Złodziej jeśli nie ma zagrożenia, najwyżej trzepnie czym ciężkim, ale jak wie, że możesz go zabić, będzie pierwszy. Można z tym dyskutować. Każdy, kogo kiedyś okradli, wie, jakie to uczucie. Szczególnie, kiedy dzieje się to z zaskoczenia i jest to napad, nie zaś np. kradzież kieszonkowa. Uczucie kompletnej bezbronności i bezradności, niezdolności do obrony stanowi szok, który nie w sile (bo przecież w większości wypadków jest słabszy), ale z pewnością w jakości podobny jest do uczuć osoby gwałconej. Zatem podstawowym kontrargumentem zwolenników posiadania broni tutaj jest właśnie zabezpieczenie się przed oną bezradnością. Człowiek uzbrojony z jednej strony czuje się bezpiecznie, z drugiej rzeczywiście jest bezpieczniejszy. Bowiem nieprawdą jest też, że złodziej wobec uzbrojonego przeciwnika uzbraja się bardziej. Nie. On weryfikuje cele i wybiera te, które warto zaatakować nawet uzbrojone. Przecież nie robi on tego dla próżnej zabawy, tylko aby się obłowić!

Ale szukając racjonalnego rozwiązania sporu w tym miejscu zwróciłbym uwagę na pewne znane policjantom i trenerom samoobrony aspekty sprawy, które obu stronom zwykle umykają: otóż po pierwsze, koronne i wszechobalające, napaści podlegają osoby (lub grupy osób), które wyglądają na potencjalne ofiary, które swoim ubiorem, ruchem, wzrostem i płcią (kobiety mają gorzej) dają sygnał, że nie będą się długo i gwałtownie bronić, nie będą zagrażać napastnikom w sposób istotny. A zatem nie fakt posiadania broni w takiej sytuacji jest istotny, a to, co na ten temat myśli napastnik. To obala oczywiście argumenty obu stron, choć bardziej widowiskowo wali się gmach przeciwników broni: otóż napastnicy podejmując decyzję o ataku boją się nie mniej niż ich ofiary. Ale z punktu mają przewagę, ponieważ są stroną aktywną tego równania, zwykle więc przełamują opór napadniętej (lub napadniętego), która dopiero reaguje na ich czyn i aktywizuje swoją obronę - zwykle poniewczasie. A w takiej sytuacji rzeczywiście wydawało by się, że najlepiej jest od razu oddać bandytom wszystko, czego chcą i mieć nadzieję, że nie zrobią żadnej nadprogramowej krzywdy.

Trenerzy samoobrony jednakowoż przekonują, że takie bierne poddawanie się napadom jest bardzo wielkim i bolesnym błędem. Bierność ofiary ośmiela napastnika i jeżeli oprócz motywacji majątkowej kierują go rządze innego rodzaju, może skrzywdzić bezbronną ofiarę choćby po to, aby się wyżyć, odreagować strach napadu (nienawiść), czy choćby, aby się popisać. W prawie dżungli stoi jasno, że bezbronny nie ma żadnych praw i sam jest sobie winien, że dopuścił do takiej sytuacji.

Zatem z jednej strony prawdą jest, że uzbrojeni ludzie (boż po to istnieje broń boczna, żeby się ludzie nie musieli uczyć masowo karate) są bezpieczniejsi od napadu, bo nie wyglądają na ofiary. Prawdą jednakoż jest, że takie wrażenie sprawiać można całkiem bez broni. Prawdą również jest, że w sytuacji napadu broń zabójcza, z ostrą amunicją, nie różni się w swoje skuteczności od broni odstraszającej, czy obezwładniającej. Klucz stanowi pytanie, czy zdołamy jej dobyć i użyć, zanim gazrurka zetknie się z naszą głową. Czyli wracamy do podstawowego zagadnienia: najważniejsze to nie wyglądać jak ofiara. Szansa, że w ogóle kiedykolwiek będziemy musieli się bronić, jest wtedy dużo mniejsza.

Wniosek z powyższego jest taki, że czy będziemy musieli użyć broni w życiu cywilnym, decyduje fakt, czy napastnik spodziewa się u nas broni, czy nie. Przy czym rodzaj broni nie ma tu znaczenia. Posiadanie umiejętności samoobrony i manifestowanie tego groźnym wyglądem jest tak samo skuteczne jak uwidoczniona kabura z gnatem u pasa. Jednak gdyby zważyć proporcje, w tym punkcie zwycięstwo przyznałbym zwolennikom posiadania broni, gdyż, jak wyżej wzmiankowałem, broń palna jest jednym z rodzajów ochrony dla ludzi, którzy w inny sposób bronić się nie potrafią.

Przeciwko przemocy na ulicach

Innym argumentem przeciwników posiadania broni (w skrócie tak nazywa się przeciwników posiadania broni palnej) jest zagrożenie wzrostem przemocy w życiu cywilnym wynikłe z faktu, że posiadacz broni palnej prędzej czy później jej użyje. I zrobi to nie w samoobronie. Tutaj pozwolę sobie przedstawić kilka obrazków pozyskanych głównie ze stron Brilliant Maps, ale i z innych miejsc podkradzione.



Najpierwsza mapka mogłaby już zakończyć dyskusję ,,wewtem'' temacie, ale dlaczegóżby bardziej nie pognębić oponenta? Na powyższym grafie widać liczbę mordów z użyciem broni palnej. Dla dokładności wyszczególniono symbolami miejsca, gdzie toczy się wojna. Jako żywo widać, że tylko Stany Zjednoczone są krajem, w którym związki pomiędzy dystrybucją broni, a śmiertelnością są dyskusyjne. Wszędzie indziej na świecie wynik jest jasny: nie ma widocznego związku pomiędzy dostępnością legalnej broni a śmiertelnością od broni. Widzimy Rosję, gdzie legalnie dostać broń jest chyba jeszcze trudniej niż w Polsce. Widzimy Brazylię, gdzie zależy to od stanu, podobnie jak w USA. Dystrybucja broni osobistej i śmiertelność od broni palnej nie pokrywają się w oczywisty sposób. Widzimy RPA...



... które, jak widać, przoduje pod względem śmiertelności zwanej potocznie ,,ołowicą''. Ale nie, dyskutuje się zawsze przytaczając USA jako sztandarowy dowód na ZA zarówno z PRZECIW. Tak w ogóle, to ta mapka powyżej nie do końca pokrywa się z danymi liczbowymi, a oba obrazki pozyskałem z tej samej strony www...

W takim razie czemużby nie popatrzeć na ten kraik?



Oto widzimy, że najwięcej posiadaczy broni w przeliczeniu na głowę mieszkańca, skupionych jest w najpóźniej przyłączonych do USA stanach, tj. Montanie, Wyoming i Idaho. Odcinają się od ładnego obrazka Arkansas i Zachodnia Wirginia, ale to się wyjaśni, albo i nie, później. Widzimy też zwiększone zgęszczenie w stanach delty Mississippi i okolic (znowu parę innych się odcina od schematu, cóż robić). Alaski nie liczymy, bo tam mają broń w celu opędzania się od białych misiów, a poza tym mało tam ludzi mieszka i broń nie ma związku z zabójstwami. Postarajmy się zapamiętać też okolice, w których legalnej broni jest stosunkowo najmniej. Oczywiście, to najmniej jest i tak dużo większe od najwięcej w Polsce...



Porównajmy zatem z rozkładem śmierci spowodowanych przez broń. Wyniki mniej więcej się pokrywają. I to jest logiczne. Gdzie więcej broni, tam więcej śmierci spowodowanych przez broń. Jakże by miało być inaczej? Podobnie jest z samochodami. W Warszawie np. prawie niemożliwe jest zginąć pod kopytami wielbłąda, z oczywistej przyczyny. Zatem fakt, że istnieje związek ogólny pomiędzy bronią posiadaną, a śmiertelnością od tejże powinien pozostać poza dyskusją, gdyż więcej ludzi ginie od samochodów niż od pistoletów, a nikt nie zabrania posiadania samochodów. Nie o samą śmiertelność bowiem tu chodzi, tylko o zabójstwa z użyciem broni palnej. Popatrzmy zatem na następną mapkę.



Związek pomiędzy rozkładem posiadania broni a zabójstwami od broni palnej jest częściowy lub żaden. Spróbowałem skleić te dwie mapki, ale coś tym Amerykanom chyba kraj to się rozciąga, to kurczy, bo tylko częściowo się pokrywają...



Widać, że zgęszczenie broni pokrywa się z zabójstwami głównie w delcie Mississippi, Karolinie, pasie stanów rolniczych (np. Kentucky), punktowo Nowy Meksyk. Ale w ogóle nie widać związku w Montanie, Idaho, Wyoming, Północnej Dakocie, Nevadzie... Wniosek z tego taki, że nie samo posiadanie broni jest kluczem do zwiększonego stężenia zabójstw.

Tu przerywnik, który wyjaśnia brak związku pomiędzy mapkami z rozkładem zabójstw oraz rozkładem śmierci od broni palnej w ogóle. Otóż...



... w miejscach zwiększonego stężenia broni rośnie odsetek samobójstw z użyciem broni palnej, co również jest logiczne i nie wymaga wyjaśniania. Nie będę się też zniżał do polemiki z wombatami, które znajdą w tym jakikolwiek przyczynek do wnioskowania o prawie bądź braku prawa do posiadania broni. Wiadomo, że w rejonach zwiększonego stężenia motolotni odsetek śmierci od motolotni powinien rosnąć. Jeżeli nadaje się na samobójstwo, to samobójca posiadający broń palną wybierze ją jako stosunkowo skuteczny, szybki i bezbolesny środek na załatwienie sprawy. W rejonach małego stężenia broni ludzie siłą rzeczy wybierają inne metody samobójstwa, ale nie znaczy to, że ich nie popełniają. Zwróćmy uwagę, że zwiększony odsetek samobójstw od broni palnej występuje też w hrabstwach o relatywnie niedużym odsetku posiadaczy broni palnej.

Relatywnie, bo i tak odsetek ten jest o niebo wyższy niż w Polsce...

Ale wróćmy do związku między morderstwami i bronią palną. Na razie wykazaliśmy, że na mapie USA związek ten jest częściowy, czyli nie sama broń palna decyduje. A zatem kto? Jak to było w przysłowiu? Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Można to interpretować na różne sposoby (np. że jest to próba zwalenia odpowiedzialności za wszelkie śmierci od broni palnej na Pana Boga - podpowiadam to wojującym ateistom, niech się ośmieszą), ale dla dobra wywodu usunę Boga z równania i pozostanie nam... Człowiek. Tak, drodzy Państwo. To człowiek jest elementem decydującym o zwiększonej śmiertelności od broni palnej, a nie broń jako taka, co wykazałem powyżej. A zatem trzeba poszukać, jaki tajemniczy typ ludzi sprawia, że krew się leje na ulicach.

Oczywiście nie będę tu opisywał moich drobiazgowych dociekań i badań, pokażę tylko ścieżkę maksymalnie skróconą, która Czytelnika powinna sama naprowadzić na odpowiednie wnioski.

Najpierw popatrzmy na mapkę z rozkładem w USA ludności zakwalifikowanej jako czarna.



Następnie popatrzmy na rozkład ludności tak zwanej latynoamerykańskiej, czyli w starych książkach nazywanej Kreolami.



Wreszcie dodajmy te dwie mapki do siebie.



Obszar zaciemniony oznacza zwiększone stężenie ludności latynoskiej lub czarnej. Ludność czarna i kreolska koncentruje się głównie w południowym pasie USA, podczas gdy rejony północne zamieszkałe są głównie przez Europejczyków czyli tak zwanych białasów.



Na mapce powyżej zestawiłem rozkład ludności czarnej i latynoskiej oraz rozkład zabójstw z użyciem broni palnej. Jak widać, jeżeli te trzy czynniki dodamy do siebie, ciemne obszary się pokryją. Nie poradzi na to żadna poprawność polityczna. Jednocześnie niepoprawni politycznie rasiści też nie dostaną do ręki argumentów: aby doszło do jatki, muszą się zejść dwa czynniki, przynajmniej w USA: musi być dużo kolorowych i dużo broni.

Wniosek z tego byłby prosty, gdyby USA stanowiło jakieś odzwierciedlenie sytuacji światowej. A nie stanowi. Jest dość wyjątkowym państwem w skali świata. Ma swoje specyficzne uwarunkowania, np. duży niedostatek obyczajowej równości rasowej przeciwnie do szumnych deklaracji.

Chciałem jedynie wykazać, że nie prawo do legalnego posiadania broni jest kluczowym warunkiem wzrostu bądź spadku odsetka zabójstw z użyciem broni palnej, których to zabójstw tak bardzo się obawiają przeciwnicy tego prawa. Najistotniejszym faktorem jest kultura danej grupy ludnościowej, narodu, plemienia, klubu... Jeżeli w danej kulturze dopuszczalne jest łatwe rozstrzyganie sporów przy użyciu broni, nie potrzeba pistoletów - pójdą się rezać kosamy. Tam, gdzie ludzie są mniej egoistyczni, wolą pracować w spokoju i spory rozstrzygać polubownie, nawet ryzykując, że czasem z tego powodu poniosą jakąś stratę, niż żerować na bliźnich, nawet kosztem rozpadu społeczności - gangów jest mniej i mniej jest też krwi na ulicach. To nie broń decyduje, tylko ten, kto jej dobywa.

Obrona miru domowego prawem, nie towarem!

Jedną z oszukańczych manipulacji, jakie stosują przeciwnicy legalizacji broni palnej jest sprowadzenie sporu do postaci zerojedynkowej: albo nieograniczony dostęp, albo kompletny zakaz. Oczywiście to oszustwo. Prawo posiadania broni zajmuje się wieloma szczegółowymi uwarunkowaniami, o jakiej broni mowa, jak broń ma być przechowywana, przenoszona, w jakich warunkach może zostać legalnie użyta. Nie oznacza to strzelania na oślep z okna w stronę maszerującej wycieczki przedszkolnej. Zwolennicy posiadania broni palnej argumentują prawem do obrony osobistej oraz obrony rodziny. Obie sprawy wydają się oczywiste. Szczególnie w naszym kraju trzeba być nieuleczalnym naiwniakiem, aby wierzyć, że jakaś policja, czy nawet prywatna firma ochroniarska, zdoła nas obronić przed ewentualnym atakiem. Niestety, nie zdoła. Ale (aby zamknąć usta tym, którzy tu zaraz zawołają, żem poplecznikiem strzelców) jeżeli pomyśleć na spokojnie, to widać od razu, że nie o samą broń nam chodzi tylko właśnie o samo prawo do obrony.

Z poprzednich czasów, kiedy władza traktowała nas jak hodowlane bydło, pozostał obyczaj, że obywatel na dobrą sprawę bronić się nie ma prawa. Albo to prawo ma bardzo ograniczone. Powstało pojęcie obrony koniecznej, co na logikę implikuje, że istnieje też jakaś obrona niekonieczna, co stanowi piramidalną bzdurę: jeżeli nie ma konieczności się bronić, to się nie podejmuje działań. Podjęcie działań to albo obrona (jeżeli konieczność obrony występuje), albo atak (jeżeli konieczność obrony nie występuje). A na atak musi wystąpić prawo do obrony, bo wobec ataku występuje konieczność obrony.

Bo dyskusja na temat broni nielegalnej jest bezprzedmiotowa. Bandyci i tak ją będą posiadać, a jeżeli zaczną zwykłym ludziom zagrażać za bardzo - to zwykli ludzie też sobie kupią nielegalną broń i tyle.



Czyli zacznijmy nie od zmiany prawa takiej, że pozwoli się łatwiej ludziom nabywać broń, bo po co im ta broń (w końcu dość kosztowna), skoro nie mogą jej legalnie użyć? Zacznijmy od rozszerzenia prawa do obrony. Moim zdaniem prawo do obrony występuje zawsze wobec każdego ataku i kończy się unicestwieniem przeciwnika. Dziś obrona konieczne kończy się w momencie, kiedy atakujący nie jest już w stanie nas dalej atakować, co jest punktem prawnie bardzo dyskusyjnym (już łatwiej będzie prawnie sformułować, co to jest śmierdzący menel w tramwaju i na czym polega jego szkodliwość i zakłócanie porządku publicznego). Natomiast jeżeli przesuniemy wskaźnik dla atakującego tak, że będzie on musiał sobie zdawać sprawę, że jeżeli podjął decyzję o ataku, tym samym zrzekł się wszelkiej ochrony prawnej, do śmierci samej włącznie - może to stanowić istotny czynnik odstraszający potencjalnych rozbójników. Tak sobie to myślę.

Oczywiście, za prawem do obrony pójdzie też siłą rzeczy rozszerzenie prawa do posiadania broni, w tym broni palnej. To oczywiste. Ale stanie się to w innym (w sensie prawnym) społeczeństwie, gdzie jasno będzie ustalone, że ryzyko prawne spoczywa zawsze na napastniku. A jak broń stanie się dostępna, napastnik będzie musiał się spodziewać, że ryzyko rozszerzyło się też na jego cielesność.

Broń ręczna nie będzie w żaden sposób zagrażać wojskom, które ewentualnie mogłyby napaść na Polskę. Do czołgów nie wali się z pestek. Legalna broń, w rękach dojrzałego społecznie obywatela jest wielkim wsparciem policji w jej działaniach prewencyjnych. Bo jeżeli bandyta spodziewa się, że może zostać zabity (nożem, siekierą, pistoletem), to po pierwsze ogranicza liczbę ewentualnych ofiar do takich, dla których warto ponieść takie ryzyko. Czyli odpadnie im większość obywateli, bo na nich po prostu nie ma się jak obłowić. Ryzyko śmierci musi być godziwie wynagrodzone.

Czyli podsumowując ten przydługi tekst: najpierw prawo do obrony, potem prawo do narzędzi obrony. W tej kolejności i koniecznie na TAK.


© Krzysztof Smirnow 2015