Zorganizowana opieszałość

Słowo wstępne od tłumacza

Kiedy bezładne podążanie za odsyłaczami (jako prokrastynacja od innych, znacznie ważniejszych spraw) doprowadziło mnie do tego artykułu, od razu wskoczył on na szczyt mojej kolejki czytelniczej. Co, oczywiście, sprawiło, że zabrałem się za jego czytanie dopiero po kilku tygodniach. I nie mogłem skończyć. Przegryzałem się akapit po akapicie i... Odkładałem na potem. W końcu pojawiło się inne, ważniejsze zadanie, dzięki któremu nie tylko udało mi się przeczytać poniższy artykuł, ale z miejsca go przetłumaczyłem (co zajęło ok. 1,5 godziny), aby podzielić się tym rzadkim, odkrywczym tekstem z nie mówiącym po angielsku światem (a konkretnie tylko jego polską cząstką). Zapraszam do lektury.

John Perry: Zorganizowana opieszałość: Rób mniej, oszukuj się i odnieś sukces na dłuższą metę

"...każdy może zrobić dowolną ilość prac, pod warunkiem, że nie jest to praca, którą ma robić w danej chwili." - Robert Benchley z Chips off the Old Benchley, 1949

Od miesięcy zbierałem się, by napisać ten szkic. I dlaczego w końcu to robię? Dlatego, że znalazłem chwilę czasu? Błąd. Mam mnóstwo papierów do wykładów, zamówienia na wpisy do podręczników, (...) i projekty prac dyplomowych do czytania. Praca nad tym szkicem jest ucieczką od powyższych obowiązków.

Oto esencja tego, co nazywam zorganizowaną opieszałością (structured procrastination). Odkryłem metodę, która przeształca opieszałych (procrastinators - kunktatorów?) w efektywne jednostki ludzkie, szanowane i podziwiane za swoje osiągnięcia i dobrą organizację czasu. Wszyscy opieszali odkładają na potem rzeczy, które muszą zrobić. Zorganizowana opieszałość to sztuka sprawienia, by ta wada zaczęła przynosić ci korzyść.

Prokrastynacja nie oznacza, że nie robi się kompletnie niczego. Opieszali rzadko nic nie robią, oddają się sprawom mało użytecznym, jak ostrzenie ołówków, podlewanie kwiatków, czy sporządzaniem diagramów organizacji dokumentów, kiedy je wreszcie uporządkują. Dlaczego tak postępują? Ponieważ odrzuca ich konieczność uczynienia czegoś ważniejszego. Gdyby jedyną rzeczą do zrobienia dla nich było naostrzenie ołówków, nie znaleźlibyśmy siły na Ziemi, która by ich do tego zmusiła. Aczkolwiek mogą się zmotywować do sprawienia zadań, które są trudne, skomplikowane i ważne, o ile nie są one ważniejsze od innych.

Zorganizowana opieszałość oznacza kształtowanie sktruktury zadań do zrobienia w sposób, który wykorzystuje powyższy fakt. Lista zadań w głowie ma być ułożona według ważności. Zadania pilniejsze i istotniejsze znajdą się na górze. Poniżej są także dość ważne zadania. Ich realizacja jest sposobem na uniknięcie wykonania zadań ze szczytu listy. Z takim odpowiednim uporządkowaniem kunktator staje się użytecznym obywatelem. W rzeczywistości może on nawet zdobyć, podobnie do mnie, reputację człowieka zdolnego uczynić bardzo wiele.

Najdoskonalej moja zorganizowana opieszałość wyraziła się, kiedy z żoną pełniliśmy funkcję Resident Fellows (czyżby odpowiednik naszego "opiekuna studentów"?) w Soto House, akademiku Uniwersytetu Stanforda. Wieczorami, w obliczu projektów wykładów, kolokwiów do sprawdzenia, jakichś papierów komisji, opuszczałem nasz domek obok akademika i szedłem do świetlicy, by grać ze studentami w ping-ponga, omawiać ich sprawy mieszkaniowe, lub po prostu poczytać tam gazetę. Zdobyłem reputację doskonałego Resident Fellow, jednego z tych rzadkich belfrów na kampusie, którzy spędzają czas ze studentami i dobrze ich poznają. Cóż za układ: grasz w ping-ponga, aby uniknąć ważniejszych obowiązków i zdobywasz reputację Pana Chipsa.

Kunktatorzy zwykle obierają błędną taktykę. Próbują zminimalizować swoje zobowiązania, zakładając, że jeżeli będą mieć tylko kilka spraw na głowie, przestaną zwlekać i je po prostu załatwią. Ale stoi to w sprzeczności z podstawową naturą opieszałego i niszczy źródło jego podstawowej motywacji. Nieliczne zadania na liście z definicji należą wyłącznie do kategorii "najważniejsze", więc jedyną metodą, aby ich nie wykonać, to nic nie robić. A to jest droga, by zamienić się w wałkonia (couch-potato), a nie skuteczną jednostkę ludzką.

W tym miejscu moglibyście spytać: "Co z tymi najważniejszymi zadaniami z samej góry listy, których kunktator nigdy nie spełnia?". Faktycznie, mamy tu pewien problem.

Sztuczka polega na tym, by wybrać właściwy rodzaj zadań na górę listy. Idealne charakteryzują się dwiema cechami. Po pierwsze, wydają się mieć jasno określone terminy (w rzeczywistości nie mają). Po drugie, wyglądają na niesamowicie ważne (ale tak naprawdę nie są). Szczęśliwie, życie zarzuca nas wprost takimi zadaniami. Na uniwersytecie znacząca większość należy do tej kategorii, jestem przekonany, że tak samo działa to dla wszystkich dużych instytucji. Weźmy na przykład pozycję znajdującą się aktualnie na samym szczycie mojej listy. To zakończenie eseju o objętości (?) w filozofii języka. Miałem to skończyć już jedenaście miesięcy temu. Osiągnąłem ogromną liczbę istotnych celów, jako metodę, by tego nie robić. Kilka miesięcy temu, dręczony przez poczucie winy, napisałem list do redakcji, mówiąc, jak bardzo mi przykro z powodu opóźnienia i wyrażając najszczersze intencje powrotu do pracy. Oczywiście, samo pisanie tego listu było sposobem, by nie pracować nad artykułem. Okazało się, że tak naprawdę moje opóźnienie nie było dużo większe od innych. A jak w istocie ważny jest ten artykuł? Nie aż tak bardzo, by coś wyglądające na ważniejsze nie mogło z nim wygrać. W końcu go napiszę.

Inny przykład: formularz zamówienia na podręczniki. Mamy teraz czerwiec. W październiku będę miał wykłady z epistemologii. Formularze na książki już są przeterminowane w księgarni. Oto doskonałe zadanie na szczyt listy, z napierającym terminem (dla was, nie-opieszałych, zwracam uwagę, że tak naprawdę terminy zaczynają być palące tydzień - dwa, zanim przeminą). Prawie codziennie dostaję przypomnienie z sekretariatu, studenci czasami pytają mnie, co będą mieli do przeczytania. A niewypełniony formularz leży dokładnie pośrodku mojego biurka, dokładnie pod papierem śniadaniowym po kanapce z ostatniej środy. To zadanie leży prawie na szczycie mojej listy, denerwuje mnie i motywuje do spełniania innych przydatnych, ale pozornie mniej istotnych spraw. W rzeczywistości księgarnia została wcześniej zarzucona formularzami zamówień od tych nieopieszałych, antykunktatorów. Mogę złożyć swój w połowie lata i wszystko będzie w porządku. Muszę przecież tylko zamówić popularne, dobrze znane książki od sprawnych wydawców. A pomiędzy teraz a, powiedzmy, 1 sierpnia przyjmę inne, widocznie ważniejsze zadanie. Wtedy moja psychika poczuje się w porządku, by wypełnić zalegający formularz jako metodę uniknięcia wypełnienia tej nowej, istotniejszej sprawy.

Spostrzegawczy czytelnik może w tym momencie odnieść wrażenie, że zorganizowana opieszałość wymaga pewnej ilości samooszukiwania, ponieważ stale trzeba odwracać piramidę z podstawy na czubek. Dokładnie. Trzeba umieć rozpoznać i zaangażować się w zadania o nadmuchanym znaczeniu i nierealnych terminach z poczuciem, że naprawdę są ważne i pilne. To nie problem, ponieważ praktycznie wszyscy kunktatorzy posiadają doskonałe umiejętności autodecepcji (potrafią wmawiać sobie różne rzeczy). A cóż może być szlachetniejszego, niż użyć jednej wady charakteru, by zniwelować wredne skutki innej?


© Krzysztof Smirnow 2015