Trochę o demografii, burżuazji i uczciwości

Piramida demograficzna

Zaczynamy coraz lepiej sobie uświadamiać, jak bardzo nasz los zależy od produktywności macic naszych rodaczek (i nie tylko). Pierwszy raz z grafem o popularnej nazwie "piramida demograficzna", spotkałem się jeszcze w szkole podstawowej, na lekcji geografii. Było to dość ciekawe, ale z racji, że nie miałem zielonego pojęcia, jakie to niesie skutki dla mojego życia, całą sprawę odłożyłem ad calendas Graecas. I właśnie nadeszły te greckie kalendy. Urosłem wystarczająco, żeby zacząć mniej więcej rozumieć, co to wszystko oznacza.

Okazuje się, że nasz Główny Urząd Statystyczny zaczął publikować bardzo interesujące materiały. I o ile dla zilustrowania problemu mogę poniżej wkleić obrazek (z wikipedii):

Piramida wieku w Polsce 2007

to mogę też zamieścić LINK do automatycznego grafu obrazującego strukturę demograficzną Polski od 1970 roku, po prognozy do roku 2050. Ona prognoza nie jest bez znaczenia, bo mniej więcej na te lata światowi demografowie przepowiadają zatrzymanie się uśrednionego przyrostu ludzkości w skali całego globu. Innymi słowy mniej więcej wtedy ludzkości przestanie przybywać i ostatecznie zatrzymamy się na liczbie ok. 11 miliardów. O ile oczywiście nie pojawią się w międzyczasie jakieś nowe czynniki demograficzne, które rozrodczości kobiet (i płodności mężczyzn) dadzą kopa w górę lub jeszcze bardziej w dół.

Jak widać z automatycznego grafu, pokolenie moich wnuków będzie o około połowę mniej liczne od moich rówieśników. Wybierając i porównując liczebność ludzi w moim wieku z liczbą rówieśników jednej z moich córek widzę, że jest ich o ponad sto tysięcy mniej. Czyli o około jedną czwartą.

Innymi słowy, choć w liczbach bezwzględnych ubywanie ludności Polski odbywać się będzie względnie powoli, wyniknie to głównie z powodu dużej liczby staruszków, którzy dzięki postępom medycyny nie zechcą grzecznie umrzeć i usunąć się, dać miejsce młodym. Za to staną się obiektem nienawiści młodzieży, która będzie coraz dotkliwiej odczuwać obciążenia fiskalne pobierane od ich zarobków, aby zasilić tę najliczniejszą grupę wyborców. I stosunkowo coraz liczniejszą. Stosunkowo - czyli w stosunku do swoich przeciwników w interesach, czyli młodych, produktywnych. To oni, jeżeli w wyborach w ogóle mają coś do powiedzenia, zapewnią sobie stosowne profity, kosztem luksusu swoich potomków i następców. I akurat w tym mechanizmie nie znajdziemy poświęcania się starych na rzecz młodych - bo to działa tylko w obrębie najbliższej rodziny, a i to nie zawżdy. Ale jako grupa społeczna - każdy walczy o swoje i nie rozumie, o co ten cały bazar.

O ile w 2019 roku jest nas 38 milionów z hakiem, za 30 lat będzie nas o 4 miliony mniej. I z tego 3 miliony to będą pracujący i zarabiający kasabubu dla pomyślności systemu podatkowego. Zatem niby powoli ubywa, a w rzeczywistości mówimy o gigantycznych liczbach.

I zważmy, że skoro nas ubędzie 4 miliony, a świat się właśnie zatrzyma w przyroście, oznacza to, że do Polski przesiedli się prawdopodobnie taka, lub może nawet większa, liczba różnych ludzików z dziwnych krajów. To odsunie problem daleeeekooo w czasie, praktycznie poza percepcję moich rówieśników. Albowiem gdy on powróci, nas już nie będzie na tym świecie, i to pomimo szybkich postępów medycyny, które być może pozwolą nam nawet dożyć setki.

Ale nic nie odsunie innego problemu, który dotyczy praktycznie tylko krajów europejskich: systemy emerytalne. Otóż dzięki geniuszowi pierwszego socjalistycznego kanclerza I Rzeszy, niejakiego Otto von Bismarcka, wymyślono coś wprost (nomen omen) genialnego: kontrakt pokoleń. I na bazie tego utworzono państwowe systemy ubezpieczeń społecznych, konkretnie emerytalnych.

Krótka dygresja:

Wyszło im z obliczeń, że człowiek ma pewien wiek pełnej produktywności. Po jego upływie zaczyna, że tak powiem, drewnieć, czyli staje się mało elastyczny, kompletnie niepodatny na przyswajanie nowych rozwiązań i technologii, a jednocześnie jego zdolność koncentracji, kondycja fizyczna i zdrowotność zaczyna gwałtownie się pogarszać. Cóż, znając Niemców łatwo przyjdzie nam na myśl, że przecież w czasie II Wojny Światowej przećwiczyli dość skuteczne rozwiązanie, jak pozbyć się licznych zbędnych ludzi, czemużby Wielki Otto nie miał zaproponować czegoś podobnego? Otóż nie zaproponował, być może nie był aż tak bardzo niemiecki, tylko zwyczajnie ludzki. A może sam już wówczas był starcem i dziwnie by się poczuł, gdyby miał rówieśników wysyłać do gazu? Otóż był człowiekiem w tak zwanej sile wieku, czyli około pięćdziesiątki. Czyli na progu starzenia się. Zacytujmy z wikipedii:

System opieki społecznej, wprowadzony przez Bismarcka, zwolnił ludzi z konieczności przedkładania lojalności względem swojego rodzinnego klanu (który poprzednio gwarantował opiekę członkom rodziny niezdolnym do pracy), ponad lojalność wobec państwa. Niemcy mogli poświęcić wszystkie swoje siły na pracę na rzecz państwa, bo mogli ufać, że w przypadku choroby, wypadku lub na starość państwo się nimi zaopiekuje.

Prawda, jakie sprytne? Czy nie o tym wprost mówił Korwin-Mikke, kiedy twierdził, że aby uzdrowić demografię, najsampierw trzeba zlikwidować ZUS?

Koniec dygresji.

Kontrakt pokoleń polegał na tym (i polega wciąż), że następne pokolenie, po wejściu w wiek produkcyjny i podjęciu pracy, wnosi składki emerytalne, które od razu zostają przekierowane na emerytury dla staruszków. W zamian mogą liczyć na to, że kiedy sami dobiegną do wieku emerytalnego, następne pokolenia też będą na nich pracować. Układ ten znakomicie się sprawdza, dopóki liczba następców choćby nieznacznie przekracza liczbę przodków - w końcu przodkowie szybko się wykruszają poprzez śmierć i koszt jednego przodka rozkłada się stopniowo na coraz większą liczbę następców.

Nie będzie to żadne odkrycie, tylko dwustutysięczne powtórzenie pytania: a co, jeżeli młodych ubywa? Starców też ubywa, nieuchronnie, ale dopiero po pewnym czasie. Tymczasem młodych ubywa teraz, czyli na podstawie tegorocznych urodzin można śmiało przepowiadać liczbę polaków w wieku produkcyjnym za dwie dekady. Dojdzie oczywiście do takiej dziwnej sytuacji, gdzie starców będzie więcej niż młodych.

W świecie, w którym polityk zdobywa poparcie przez obietnice rozdawania, można przypuścić, że tzw. starzejące się społeczeństwo będzie miało, że tak powiem, przesrane. Bo owi starcy, pełni życiowego doświadczenia i determinacji, bez trudu przegłosują młodzież. Oczywiście, ludzie starsi chętnie ustąpią postulatom młodzieży we wszystkich polach - oprócz tych, które miałyby istotnie obniżyć ich status majątkowy, utrudnić dostęp do lekarzy, ostatecznie sprawić, że będą szybciej umierać. Tutaj o ustępstwach nie ma mowy - i trudno się dziwić. Czyli młodzi nie będą mieli nic do gadania, z ich podatków będzie się finansować emerytury, a nie nowe szkoły i przedszkola.

Rewelacje Zeihana

Ostatnio miałem okazję po raz kolejny posłuchać przemowy piewcy potęgi Ameryki Petera Zeihana. Pozwolił on sobie lekko uzupełnić swoje pomysły, które wygłaszał lat temu kilkoro. Wówczas przepowiadał, że USA odstępując od roli światowego policjanta tylko na tym skorzystają. Niedawno uzupełnił wizję pokazując taki oto obrazeczek:

Bezpieczeństwo żywnościowe - food security Peter Zeihan

Wynika z niego nie mniej, nie więcej, tylko że co najmniej połowa populacji świata żyje na kredyt płynący z:

  1. Produkcji nawozów sztucznych.
  2. Produkcji pestycydów (herbicydów, insektycydów i innych -cydów).
  3. Niewiarygodnej wydajności intensywnego rolnictwa.
  4. Globalnemu porządkowi pozwalającemu transferować ogromne ilości żywności na wielkie odległości - czasem bez sensu (jak eksport mleka z Polski do Ameryki Południowej), ale to też znak czasu i dostępnej techniki.

Ostatnio zatem Zeihan uzupełnił: "Mówią, że ludzkość osiągnie 11 miliardów? Bajki! Padnie porządek światowy, zacznie się głód! Maksymalnie będzie nas 8 miliardów!"

Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że żyjemy w bajkowym świecie i niedługo może się okazać, że tylko bankierzy upadli na cztery łapy...

Może tak się nie stanie. Miejmy nadzieję.

Dyskretny urok moralności

Zainspirowany TAKIM oto wpisem blogowym chciałbym tu przeskoczyć na inny nieco aspekt życia współczesnego społeczeństwa światowego. Otóż pomnę jeszcze z czasów, gdy Internet to były jasne literki na ciemnym tle, a do informacji trzeba się było dokopać wpisując w pole komend: gopher, że samochód kosztował tak astronomiczne pieniądze, że mnie, wesołemu studentowi, nie wydawało się zasadne tracić czas na kurs prawa jazdy. Po prostu nie wierzyłem, że kiedyś stanę się posiadaczem samochodu. Cóż, nigdy nie byłem bardzo bystry w kwestii rozpoznania procesów ekonomicznych... A może po prostu wówczas przyrost "masy bogactwa" był wciąż tak powolny, że tylko najbogatsi mogli go dostrzec? Tak czy owak auto było luksusem lub poważną kulą u nogi. A jeżeli jeszcze ktoś postanowił zamontować sobie w nim radio, to hoho! Szybko tracił boczną szybę i przy następnej wizycie w samochodzie mógł zastać wyprute spod deski rozdzielczej bebechy - z jakiegoś powodu złodzieje uważali radio samochodowe za bardzo chodliwy i opłacalny towar. Jak człowiek nie uważał, to wkrótce tracił też sam samochód - rezultat wielu miesięcy katorżniczej pracy i oszczędzania gdzieś na mitycznym Zachodzie. Zatem będąc wyznawcą zasady, że lepiej nie mieć i radzić sobie bez tego, niż to mieć i potem żałować straty (cholernie nie lubię żałować!), unikałem styczności z marzeniem każdego prawdziwego Polaka, do kiedy się tylko dało. A kiedy już się nie dało, ponad dekadę później, to się okazało, że samochody przez ten czas potaniały tak, że za jedną pensję sprzedawcy hamburgerów można już było nabyć jakieś jeździdło. Nie był to może ostatni krzyk mody, a i zasięg miało tylko lokalny (do pierwszej awarii), ale przecież jednak pozwalało się przemieszczać. I, wyobraźcie sobie, nikt nie chciał tego ukraść!

To naprowadziło mnie na pewne ścieżki myślowe. Otóż niedługo po zakupie mojego pierwszego auta zbudowałem (przy wydatnej pomocy całej rodziny ze szczególnym uwzględnieniem Ojca) swój pierwszy dom. I trzeba było go ubezpieczyć. I znowu to samo: agent pyta się o wartość mienia ruchomego w domu (tj. bez szafek kuchennych, pralki, lodówki, telewizory itp.). A mnie, jak bym nie liczył, wychodzą jakieś śmieszne pieniądze. Bo żadnej biżuterii w rodzie nie przechowujemy, nie mamy też dzieł sztuki, złota sztabkowego, akcji ani obligacji na okaziciela... To ile mogą być warte ubrania z lumpeksu, odziedziczony po zmarłych dziadkach telewizor i stara lodówka?

Czy warto w tym celu, tj. aby je nielegalnie pozyskać, łamać prawo, tłuc szyby (nie tak znowu łatwe do stłuczenia), przedzierać się przez obowiązkowy system alarmowy, wreszcie połamać sobie kręgosłup targając to do ciężarówki? Ile za takie cudności zapłaci paser? Dziesiątą, czy dwudziestą część ich wartości bazarowej?

Czy przestępczość w Polsce spadła? Nie mam pojęcia - w końcu to kwestia statystyk policyjnych. A one takie będą, jak sobie zażyczą ci, co je prowadzą. Ale przecież od lat w prasie leci do znudzenia obserwacja, że czujemy się coraz bezpieczniej. Moim zdaniem nie bez przyczyny: po prostu nie opłaca się okradać maluczkich. Trzeba się narobić, a zarobek żaden. Więc się ich nie okrada. Owszem, ciągle trzeba uważać na różnych lujków i bejów, którzy chętnie się schylą po kawałek złomu walający się bezpańsko na cudzym podwórku - ale też i ryzyko wciąż niewspółmierne do straty. Za to włamywać się do domu zwykłych obywateli, albo okradać ich rozbojem w parku - to już jest żaden interes. Jak kto nie ma talentu do przemytu narkotyków na tony, ewentualnie defraudacji milionów publicznych pieniędzy - w świecie przestępczym nie ma już czego szukać. To i poziom bezpieczeństwa znacznie się poprawił.

Do pierwszej oznaki, że sytuacja uległa zmianie (patrz rozdział wyżej). Bo ewidentnie mi z tego wynika, że bogactwo społeczeństwa jest najlepszym stróżem etyki narodu. Im ludzie bogatsi, tym uczciwsi. Nie karami, nie policjami się to załatwia, a tanim AGD i RTV. Dostępem do tanich jeździdeł, które zadowolą 80% społeczeństwa. Zaspokojone potrzeby to brak destabilizacji i w polityce - że aż trzeba sztucznie podgrzewać nastroje, żeby w ogóle komuś się chciało iść głosować w wyborach.

Czyli - jeżeli sytuacja gospodarcza się pogorszy, spadnie też nasze poczucie bezpieczeństwa, bo znowu pewien odsetek społeczeństwa znajdzie się w obszarze majątkowym, z perspektywy którego opłaci się okradać tych, którzy mają trochę więcej (bo tych, co mają dużo, dużo więcej, dalej będzie trudno i nieopłacalnie okradać).

Paradoks Giniego

Snując powyższe rozważania zapomniałem uwzględnić zjawiska zwanego Współczynnikiem Giniego. Prawi on w skrócie o tym, że średnia bogactwa danego kraju wcale nie musi przekładać się na bogactwo społeczeństwa, ergo na wrażenie bogactwa, poczucie bogactwa - i wynikające z niego poczucie, że ktoś jest od nas niesprawiedliwie bogatszy, biedniejszy (sprawiedliwie), lub równy (to też zawsze niesprawiedliwie).

Współczynnik Giniego na świecie

Otóż rzeczywiście - aby zjawisko spadku przestępczości wymierzonej bezpośrednio w pokojowych cywili znacznie spadło, nie tylko musi się podnieść stopa życiowa narodu, ale też i rozwarstwienie bogactwa nie powinno być zbyt wielkie. Znam takich, co teraz zaczną krzyczeń o dowody - ale to jest tylko mój prywatny blog, niech sobie sami poszukają. Zresztą, ponieważ mowa tutaj o zjawiskach z dziedziny etyki i ekonomii, prawdopodobnie znajdą dość prac, które mój pogląd zarówno wspierają, jak i obalają.

W końcu ekonomiści odpowiadają na najtrudniejsze pytania dotyczące gospodarki w skali świata lub lokalnej nie dlatego, że się naprawdę na tym znają, a dlatego, że po prostu zostali o to zapytani.

Tutaj dygresywnie można się zapytać: a dlaczego zatem we Francji czy Niemczech ostatnio poczucie bezpieczeństwa stoczyło się znacznie poniżej podobnego parametru zmierzonego w Polsce? Moim zdaniem odpowiedź jest dość prosta: wystarczyło, że sprowadzili sobie na głowy po parę milionów ludzi, których status majątkowy znacznie odbiega od mediany w danym kraju. A ludzie owi pochodząc ze znacznie biedniejszych regionów świata, także kulturowo znajdują się w innej fazie rozwoju - i oni ten swój świat, tę swoją perspektywę biedy i poczucia zagrożenia, na własne życzenie gospodarzy zresztą, zabrali ze sobą.

A w skali całych narodów te różne poczucia, procesy i inne takie, działają już na poziomie ponad osobistym. Aby je sobie obrazować, lepiej zapewne przypomnieć sobie chemię z podstawówki (mieszaniny).

Paradoks bogatego biedaka

No, nie mogę skończyć tego rozdziału. Przyszła mi do głowy jeszcze jedna kwestia, często rozważana przez badaczy np. giełdy: poczucie bogactwa. Otóż istnieje także pewna różnica pomiędzy zarobkami a bogactwem. Można dużo zarabiać i czuć się biednym, ale też można zarabiać mało i czuć się bogatym. Współczynnik Giniego oczywiście ma tutaj coś do powiedzenia. Ale dodać tu należy z pewnością kwestię zaspokojenia podstawowych i niektórych z wyższych potrzeb jednostki - jeżeli łatwo je zaspokoić, większość już będzie się czuć bogata, choćby z zawodu zamiatała chodniki. I nie będzie knuć rewolucji proletariackiej - wówczas komunizm stanie się wyłączną domeną rozpieszczonych księżniczek i Piotrusiów Panów z tak zwanych dobrych domów, które z braku lepszych pomysłów na życie zaludniają humanistyczne wydziały uczelni akademickich. Bo proletariat zajęty będzie konsumowaniem zarobionych dóbr. Na więcej już czasu nie wystarczy, a te dobra są - jak sama nazwa wskazuje - dobre. Nie ma się o co burzyć.

Gdy swego czasu (dawno temu, zanim jeszcze kupiłem sobie pierwsze auto) latałem na miotle sprzątając restaurację gdzieś pośród wzgórz Badenii-Wirtembergii, spotkała mnie taka scena: pucuję zapamiętale jakąś zawziętą półkę, gdy słyszę szczęk szczęk zamka tylnego wejścia. Wchodzi rosły rudzielec z wąsami, uśmiechnięty i rumiany, mruczy coś w stylu "Gunntag" i na półkę jak raz wiszącą obok drzwi wstawia kilka rolek szmacianych ręczników. Za chwilę wraca i zwala kilka wycieraczek i zapas różnych innych szmatek. Mruczy coś jakby "Ciao!" i wychodzi. Czyli na tym zadupiu (bo niczym innym nie była ta okolica) można sobie fajnie pożyć pracując jako dostawca wypranych ręczników i obrusów do restauracji. Bomba, co nie?

Jeżeli czyjeś potrzeby na podstawowym (i nawet nieco wyższym) poziomie zostaną łatwo zaspokojone, to na górę, gdzie potrzeba najzdolniejszych, ambitnych i pracowitych, rzeczywiście wspinać się będą z reguły tylko najambitniejsi, pracowici i bardzo zdolni. A to znowuż skutkować będzie ogólną poprawą zarządzania krajem, czyli dalszą poprawą życia maluczkich, czyli dalszą poprawą nastrojów w narodzie. Nawet jeżeli większość postrzegać będzie tych ambitnych, zdolnych i pracowitych jako takich synów. W gruncie rzeczy będą mieć rację.

I oby tak dalej - zostawmy to sobie jako życzenie na przyszłość, bo jak rzekłem wcześniej - prawdopodobnie moje wywody zaliczyć trzeba do mrzonek. Oby wszystkim działo się coraz lepiej w coraz dłuższej perspektywie czasowej. Howgh!


© Krzysztof Smirnow 2015