Nikt nie rządzi - polemika i komentarz
Jest to gorący komentarz i polemika z Rafałem Kosikiem: https://rafalkosik.substack.com/p/kto-rzadzi
1. Absolutyzm
"Jeżeli król okazywał się kiepskim władcą lub utracjuszem, nie bardzo było co z tym zrobić. A ściślej mówiąc, legalnie nie było co z tym zrobić."
Tak gdzieś do powyższego fragmentu nie mam uwag i zgadzam się w całej rozciągłości. Ale tutaj zaczynają się wątpliwości:
System monarchistyczny w dowolnej formie nigdy nie był totalnie absolutystyczny. Wydaje się, że najskrajniejszą formą tych rządów był carat (odpowiednich chanatu w społeczeństwie rolniczym) - i to mam na myśli np. władztwo Iwana Groźnego, a nie późniejszych miękiszonów Romanowych. Z jednej strony rzeczywiście mógł sobie poczynać - niemal - jak chciał. Ale z drugiej strony czynił to rękami opryczniny. Zatem o ile decydował w kwestii "co robić?", to już niewiele miał do powiedzenia w kwestii "jak to zrobić?". Inne caraty miały jeszcze mniej do powiedzenia w swoim kraju, choć car był samodzierżawny i jedyny, a cała ziemia należała do niego. Bowiem, gdy carowi "krysza pajechała" (ktoś pięknie to przetłumaczył na "dach eksplodował"), to nagle poślizgnął się osiem razy na schodach (do skutku), albo udusił sam poduszką itp. W polityce może to nie jest do końca legalna, ale jednak dopuszczalna forma wpływania na władzę. Zwracam uwagę, że zbyt wielu (tj. około 30%) carów zeszło śmiercią asystowaną, wspomaganą lub wymuszoną. Musiało to pozostałym dawać do myślenia. Za ich plecami stały ścierające się stronnictwa magnatów, które nie wahały się użyć siły. A każdy z tych bojarów stanowił odbicie cara w miniaturze: za jego plecami stały koterie klientów, które walczyły o władzę w ramach domeny. A każdy szef takiej koterii miał za plecami... I tak dalej, aż do poganianego knutem chłopa na zabłoconej wsi.
Tak w rzeczywistości wyglądał system władztwa absolutnego.
W każdej monarchii funkcjonowała jakaś forma ciała doradczego, którego uprawnienia wyglądały różnie zależnie od państwa. Im monarchia bardziej jedynowładcza, tym silniejszy był dysonans między legalnymi uprawnieniami Dumy, a jej rzeczywistą władzą. Samodzierżawca nie mógł decydować o każdym moście, o każdej stanicy stepowej. Musiał się wyręczać pomocnikami, którzy lepiej lub gorzej zgadywali jego wolę.
W monarchiach luźniejszych (aż po konstytucyjne, jak IRP czy Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii, Szkocji i Irlandii) można by dyskutować raczej, jak mało, a nie jak wiele uprawnień pozostawało przy władcy.
Poddani czy obywatele zawsze mieli jakąś drogę wpływania na władzę. W ostateczności mogli użyć siły przeciw sile. Dopóki walka polegała z grubsza na obrzucaniu się oraz waleniu ostrymi i ciężkimi przedmiotami, lud mógł przełamać gwardię swoją licznością. To dziś mamy wielki problem: technologia czyni dowolnie wielką masę ludzką całkiem bezradną. Tylko skrupuły władcy i oddanych mu gwardzistów chronią lud przed masową rzeźnią. Patrz: powstanie Ukraińców w 2014 roku.

2. Stabilność systemu
"System jest stabilny, sam się naprawia, choć niestety w naturalny sposób koroduje pod wpływem populizmu. To oznacza, że lepsi specjaliści często są zastępowani przez gorszych, jeśli ci ładnej kłamią i więcej obiecują."
Powyższa teza w zakresie "korozji pod wpływem populizmu" jest oszukańcza. Nie winię Rafała za to. To kłamstwo jest tak często powtarzane, że jest naprawdę bardzo trudne do odróżnienia od faktów. Umiejętność kłamania i obiecywania jest kluczową umiejętnością w systemach wyborczych jak republika czy demokracja. Mówię to z żalem, ale tak po prostu jest. I nieprawdą jest, że ci, którzy oskarżają swoich przeciwników o populizm (czyli dobre kłamanie i złe zarządzanie), są od tego wolni. Wręcz przeciwnie - takie oskarżenie to dokładnie taki sam populizm. Po prostu słowo "populizm" zostało ogłoszone pojęciem pejoratywnym. Co również jest oszukaństwem, jak wiele innych rzeczy.
System (dla uproszczenia) demokratyczny opiera się o szermowanie słowami - zamiast szablami! Ale to nieprawda, że obowiązują w nim jakieś inne jeszcze reguły. Wystarczy poczytać historię. Mamy dość dobrze udokumentowany rozkład systemu Republiki Rzymskiej. Nie obietnice bez pokrycia doprowadziły do powstania pryncypatu. To przemiany gospodarcze będące reakcją na ewolucję przyrody (tak, między innymi stopniowe ochłodzenie klimatu). Postęp techniczno-gospodarczy wydłużył szlaki handlowe i sprowadził do Europy nowe zarazy. Kumulacja kapitału (zapoczątkowana paniką wojen punickich) doprowadziła do powstania klasy magnatów o potędze trudnej do wyobrażenia - co nam to przypomina?
Obietnice i piękne słówka były tylko ozdobnikiem tej całej historii.
3. TKM
"Po pierwsze wynika to z nepotyzmu, z tej quasi-oligarchicznej tradycji stawiającej dobro cioci i szwagra ponad wspólnym dobrem kraju. Po drugie jest to forma zapłaty dla zaplecza, dla struktur partyjnych, które umożliwiły zwycięstwo w wyborach."
Dodajmy jeszcze fakt, że powyższy mechanizm nie miałby miejsca, gdyby liczne stanowiska urzędnicze nie były atrakcyjne gospodarczo (pensja może nie najwyższa, ale dobre benefity i stabilność zatrudnienia) - a muszą być, aby przyciągnąć ekspertów. Zatem mamy tu kwadraturę koła.
Kraje, w których służba cywilna stała się w dużej mierze odporna na przemiany polityczne, pozwoliły na ochronę stanowisk urzędniczych oraz ich faktyczne dziedziczenie - zatem właśnie doprowadziły do powstania klasy urzędniczej! A to w pewnej mierze przekreśla "eksperckość" - na szczęście, aby być dobrym urzędnikiem, nie zawsze trzeba być lotnym umysłowo.
Osobista uwaga: nie cierpię, gdy ktoś używa pojęcia "klasa" na oddanie grupy branżowej. Klasa polityczna na przykład. Klasa urzędnicza. To sugeruje, że mamy już "zamrożony" system dziedziczenia zawodu polityka czy urzędnika. Tak (jeszcze) w Polsce nie jest. Ciągle niezależny ekspert może się dostać do kręgu. Zwykle na stanowisko "woła roboczego", od którego tak naprawdę wszystko zależy.

4. Kto rządzi?
"Naród, który wybiera przedstawicieli, przedstawiciele, czy wspierająca przedstawicieli machina urzędnicza złożona z dziesiątek tysięcy ekspertów?"
Dodajmy jeszcze dziś bardzo aktualną warstwę magnatów - dla Rosji i Ukrainy nazywanych wprost oligarchami. W krajach demokratycznych solidarnie udajemy, że ich nie ma. Ale oni są. Muski, Zuckerbergi, Ellisony, Bezosy, Buffetty, Huangi, Briny (w Polsce Sołowowy, Biernackie, Staraki, Kulczyki, Solorze itd.) plus trudna do ogarnięcia grupa milionerów żyjących ze spekulacji pieniądzem - czasem widowiskowo, a innym razem zakulisowo wpływają na decyzje rządów, lub zaledwie kierunek ewolucji systemu władzy.
Pod nimi mamy dziś władzę wykonawczą - co w jawny sposób przeczy zaprojektowanemu systemowi. W Polsce widać to bardzo jaskrawo: już nikt nie robi wielkich oczu, gdy publicznie ministrowie mówią o tym, że piszą ustawy. Czyli tworzą sami dla siebie akty prawne regulujące ich kompetencje i sposób działania! A Sejm ma to tylko przyklepać. Czyli faktycznie władza ustawodawcza została już dawno zepchnięta do narożnika - i mało kogo to obeszło. W każdym razie nie dziennikarzy, którzy od lat zamiast skupić się na relacjonowaniu i analizie, angażują się emocjonalnie w różne sprawy. W problem rozkładu trójpodziału władzy jakoś się nie zaangażowali.
Do opisanego schematu władcy i obsługującej go doskonale wymienialnej machiny to wszędzie na świecie jeszcze bardzo daleko.

5. Odpowiedzialność
"I wreszcie zniknie potrzeba podejmowania jakichkolwiek decyzji przez prezydentów, ministrów lub senatorów."
Długo jeszcze nie zniknie. Nawet jeżeli leniwi urzędnicy (trybiki w machinie) zaczną polegać w całości na sugestiach SI, to ktoś te decyzje będzie musiał podbijać pieczątką - czyli brać za nie jaką taką odpowiedzialność. Proces decyzyjny zatem będzie biegł dwutorowo: dopóki się coś nie zawali, SI będzie miała swobodę działania. Przy każdej ryfie (rafie?) zaczną się zbierać stadami różne komisje dochodzeniowe szukające kozła ofiarnego. Z czegoś tę politykę trzeba kuć. A że się coś rypnie, to możemy mieć 100% pewności. Tylko maszyny proste działają niezawodnie.
6. Konkluzja
"Nikt nie będzie potrafił prześledzić, gdzie zaczęła się rodzić konkretna decyzja, w którym rejonie machiny została wzmocniona ani w jaki sposób ukonstytuowała się w jasną instrukcję, która musi zostać przekuta w rzeczywistość."
W pewnym sensie zawsze tak było. Czy decyzje, które podejmował jedynowładca, opierały się o racjonalną analizę otwarcie dostępnych danych? Po trzykroć nie. Dane pochodziły głównie z widzimisię jego przydupasów, a decyzjami rządziły jego pomięszane emocje oraz takież jego rozlicznych metres i faworytów. Dziś już wiemy, że większość naszego życia upływa w oparciu o postanowienia powzięte stochastycznie - maszyna stochastyczna zwana mózgiem coś tam wyprodukowała, a my wstecznie to usprawiedliwiamy, że to przemyślane było, w oparciu o dane dane, że dla dobra własnego ogółu itp. Tak samo dzieje się w bytach mnogich jak społeczeństwa. Nie ma żadnej istotnej różnicy.
Rządzi reguła najmniejszego oporu: woda spływa tam, gdzie musi, a drąży skałę tam, gdzie może - czyli tam, gdzie ona jest najmiększa. Czasem wygląda to jak zaplanowane działanie - ale nigdy takim nie było.